Nasze Dni: Portret silnej kobiety - Wiszna Belkin

Nasze Dni: Portret silnej kobiety - Wiszna Belkin Napisała córka: Bracha Belkin

 

Moskiewskie przedmieście w 1965 r. Bawiłam się na podwórku z innymi dziewczynkami z sąsiedztwa, kiedy minęła nas moja mama – lekarz pediatra, specjalista laryngolog. Szła do swojej pracy w pobliskiej przychodni. Jedna z dziewczynek powiedziała: „wiem, dokąd idzie twoja mama! Pić krew chrześcijańskich dzieci!”. Było to moje pierwsze doświadczenie z odwiecznym pomawianiem Żydów. Zaniemówiłam.


Moja mama (już nie żyjąca), Dr Wiszna Belkin (z domu Kaufman), zaczęła studia medyczne mając 16 lat, jesienią 1941 r. Razem z rodzicami uciekła z Ukrainy po inwazji Niemców, pozostawiając większość krewnych i przyjaciół. Z tego co ustaliła po wojnie, wszystkich Żydów z jej rodzinnego miasta zebrano w miejscowej szkole, a potem wymordowano. Jej jedyny brat, Szmuel, został zmobilizowany do wojska i słuch po nim zaginął.


Wieści wojenne o wielu bitwach między siłami sowieckimi a armią niemiecką powodowały w Moskwie chaos i szkoła medyczna, do której uczęszczała mama, zmieniała lokalizację wielokrotnie. W ramach pierwszego egzaminu, miała za zadanie ustalenie przyczyn śmierci 6-cio miesięcznego niemowlaka. Studia były ciężkie. Wszystkimi studentkami były kobiety. Tylko 20% promowano na drugi rok. Racje żywnościowe obejmowały dziennie 350 gramów chleba, więc mama kupowała ziarna słonecznika jako uzupełnienie tej marnej diety. Warunki mieszkaniowe również były złe. Na dodatek, jednej nocy do jej ucha wszedł pająk, a ugryzienie spowodowało infekcję. Mama marzyła o zostaniu lekarzem i nic nie mogło jej zniechęcić. Kilka innych Żydówek, które z nią studiowały stały się jej najlepszymi przyjaciółkami na resztę życia.


Kiedy skończyła się wojna, ojciec mojej matki – Dowber Kaufman pojechał do rodzinnej miejscowości – Pryłuki, żeby zorientować się czy ktoś ocalał. Nie znalazł nikogo, a ku swojej zgrozie zauważył, że nie-żydowscy sąsiedzi jedzą obiad na pesachowej zastawie z jego domu. Nikt więcej z naszej rodziny nigdy tam nie pojechał.


Kilka lat później, mama wyszła za mąż za mojego ojca – Josefa Belkina, i wkrótce urodziło się pierwsze dziecko. Pracowała w klinice dziecięcej, otrzymując niskie wynagrodzenie. Ale gorsze, miało dopiero nadejść.


W listopadzie 1950 r., mój ojciec – student drugiego roku inżynierii, i udekorowany medalami bohater Armii Czerwonej został aresztowany i zesłany do gułagu, ponieważ uznano go za syjonistę i wroga narodu. Jego winą było przestrzeganie jidyszkajtu i wyrażanie poparcia dla Państwa Izrael. Porwano go z metra w czasie drogi powrotnej z uczelni do domu. Przez kolejne 6 miesięcy nikt nie znał jego losów. Przeszukano nasz dom, i zabrano wszystkie przedmioty związane z Żydami; w tym akt małżeństwa (ketubę) rodziców. Matka została z małym dzieckiem i starymi rodzicami. Wszyscy dookoła, łącznie z krewnymi, bali się powiedzieć im „dzień dobry”.


Wkrótce potem „wybuchł” tzw. "spisek lekarzy". Grupa lekarzy, z których większość była Żydami, została oskarżona o konspirowanie w celu zabicia Stalina i innych przywódców partyjnych. W całym kraju panowała atmosfera podejrzliwości i pogromu. Matka wspominała, jak trzęsła się słysząc szepty pacjentów, kiedy przechodziła korytarzem w swojej przychodni: bała się, że za chwilę też zostanie aresztowana. Co by się wtedy stało z rodziną? Była jej jedynym żywicielem.


Ale każdego Hamana spotyka koniec. Po śmierci Stalina i 6 latach wygnania ojciec wrócił do domu. Rok później, urodziłam się ja. Babcia opiekowała się dziećmi, a mama pracowała w klinice od 8 rano do 6 wieczorem. Najpierw przyjmowała pacjentów, a później jeszcze miała wizyty domowe – do 20.00. Chodzenie po zmroku po ulicach zimowej Moskwy nie było przyjemne, nie mówiąc już o hordach pijaków i bezpańskich psach. Gdy w nocy wracała do domu, była wyczerpana, ale nigdy nie – zgorzkniała. Znajdowała jeszcze czas, żeby z nami posiedzieć i pośpiewać kołysanki. Była wielką fanką literatury i muzyki. Miała wielki księgozbiór i często w nocy czytała sobie do późnych godzin. Oddana pracy, była nią pochłonięta i szybko stała się rozpoznawalna w dzielnicy gdzie mieszkaliśmy. Inne matki pokazywały ją dzieciom gdy ich mijała, mówiąc: „zobacz to ta pani doktór uratowała ci życie”. Zapamiętałam też, że pewnego dnia przyprowadziła do domu bezdomną kobietę i nakarmiła ją naszym jedzeniem. Mama wyjaśniła nam, że powinniśmy w życiu pomagać wszystkim, a nie tylko tym, których lubimy.


W wieku 39 lat ciężko zachorowała na zapalenie płuc, i dwa miesiące leżała w szpitalu. Wcześniej nie była ani jednego dnia na zwolnieniu lekarskim. Pozostał jej po tej chorobie chroniczny kaszel, i zaprzestała wtedy wizyt domowych.


Po Wojnie Sześciodniowej 1967 r. mój ojciec postanowił spełnić marzenie swojego życia i wyjechać do Izraela, aby żyć życiem zgodnym z Torą. Wtedy zaczęła się nasza walka. Nasze szanse na wyjazd z ZSRR były zerowe. Dla krewnych były nierealne, a dla ojca niebezpieczne, biorąc pod uwagę jego przeszłość. Ale miał pełne wsparcie ze strony żony, bez którego wyjazd nie doszedłby nigdy do skutku. Ta walka zakończyła się sukcesem i w marcu 1971 r. przyjechaliśmy do Izraela.


Wylądowanie w tak innej kulturze i bez żydowskiego wykształcenia ani znajomości hebrajskiego było bardzo trudne. Mamy ogromna determinacja, 7 miesięcy intensywnego kursu językowego w Ulpanie Karmiel, spowodowały, że jako 47-mio letnia kobieta rozpoczęła na nowo karierę medyczną: znalazła pracę w sieci centrów zdrowia dla matek i dzieci, o nazwie „Tipat Chalaw” („Kropla Mleka”) oraz w klinice laryngologii szpitalu Hadassa Ein Kerem w Jerozolimie.


Kilka miesięcy później, zwrócił się do niej rabin Eisenbach z Mea Szearim – założyciel kliniki „Rafael” na ul. Sziwtej Izrael. Ta przychodnia przyjmowała mieszkańców dzielnic ortodoksyjnych, którzy nie korzystali z izraelskiej opieki zdrowotnej. Eisenbach chciał założyć placówkę na wzór „Tipat Chalaw”. Zaczęła tam więc również pracować, popołudniami i wieczorami. Była pierwszą religijną lekarką, z którą kobiety tam przychodzące miały do czynienia, więc natychmiast zawiązywały się dobre relacje i znajomości. Miały kogoś, kto znał ich życie, i mówił do nich w jidysz. Dużo kobiet potrzebowało masy porad: odmawiały przyjmowania leków, szczepienia dzieci, czy nawet oddawania ich do szpitala na czas ciężkiej choroby. Niekiedy mama dzwoniła do ich rabina i prosiła go, żeby potwierdził im, że mają słuchać pani doktor. Były też kobiety, które nigdy nie miały opieki dentystycznej – i w wieku 30 lat nie miały zębów! W wielu przypadkach zostawała powiernicą spraw nie mających nic wspólnego z medycyną. Z tego co mówią mi kobiety z Mea Szearim wspominając moją matkę, wynika że wiele z osiągnięć w dziedzinie higieny jest w rzeczywistości jej wkładem w edukację zdrowotną w tym środowisku. Jej telefon był ciągle zajęty, po godzinach pracy, do naszego domu ciągnął nieprzerwany strumień kobiet potrzebujących pomocy. Pewnego razu wróciliśmy z wesela około 2.30 nad ranem i na progu zastaliśmy młodą kobietę z niemowlęciem. Matka wpuściła je do domu bez słowa skargi i zbadała dziecko. Także w szabat, wielokrotnie nasze posiłki były przerywane przez potrzebujących. Często wzywano ją do dzieci, którym trzeba było wyciągać obce ciała z nosów czy uszu. Często towarzyszyłam jej wtedy jako asystentka. W końcu mama nazbierała całe pudełko po butach „trofeów”, które usunęła cierpiącym maluchom. Jej „fanklub” liczył sobie dwa-trzy pokolenia pacjentek. W każde Purim ustawiała się kolejka ludzi niosących tradycyjne podarunki (miszloah manot) wdzięcznych Dr. Belkin za pomoc. Pisano dla niej listy i wiersze w podziękowaniu. Cały czas je przechowuję.


W toku tak wielu badań niemowląt – przez dziesięciolecia, moja mama wypracowała system wczesnego wykrywania pewnego defektu biodra, który we wczesnych latach mógł być łatwo wyleczony, ale zaniedbany stawał się bardzo problematyczny w leczeniu w późniejszym wieku. Często dziękowano jej na ulicy za pomoc i zapobiegnięcie inwalidztwa.  

Także po przejściu na emeryturę, po 20 latach wiernej służby jerozolimskim dzieciom, nie przestała przyjmować pacjentów u siebie w domu. Mawiała: „niemowlak czy małe dziecko nie jest w stanie wyjaśnić co mu dolega. Dlatego lekarz musi wysłuchać matki. Jeśli doktor nie słucha matki, to czas zmienić doktora”.


Spuścizna mojej matki to prawdziwa bezinteresowność (chesed), wyciąganie pomocnej dłoni do innych bez oczekiwania na wynagrodzenie czy osobisty zysk. Kochała dzieci z pasją i była ich wielkim adwokatem. „Dziecko powinno być traktowane jak człowiek, prawdziwa istota, której uczucia musimy szanować. Fakt, że nie rozumiemy o czym do nas mówi, nie powinno doprowadzać do tego, że zostanie samo z grzechotką w łóżku na wiele godzin, albo nakarmimy je czymś nieodpowiednim”.  

   

„Ami Living” Magazine, September 12, 2018/3 Tishrei 5778, s. 51-4

Tłum. RED