Ziemia obiecana?

Ziemia obiecana? Bete Israel we współczesnym Izraelu.

Artykuł archiwalny

STATYSTYKI

77% dorosłych Etiopczyków żyjących w Izraelu jest bezrobotna, a 72% dzieci etiopskich wychowuje się w rodzinach żyjących poniżej progu ubóstwa (według oficjalnych statystyk Ministerstwa Pracy i Spraw Socjalnych Izraela). 63% Pracujących Etiopczyków pracuje na stanowiskach nie wymagających wyższych kwalifikacji zawodowych. Takie dane przedstawia m.in. raport Izraelskiego Stowarzyszenia na rzecz Żydów Etiopskich z 1999 roku, przedstawiony na stronie internetowej tej organizacji (IAEJ Israel Association for Ethiopian JewsPRZYP). W momencie pisania tego raportu w Izraelu żyło już 84,000 Felaszy.

Stowarzyszenie powstało w 1993 roku. Jego głównym założeniem jest walka z kryzysem, jaki dotknął społeczność etiopską w Izraelu, na który skladają się takie aspekty jak brak dostępu do edukacji, bezrobocie, itp. Organizacja reprezentuje interesy tej najbiedniejszej i najgorzej wykształconej grupy imigrantów w Izraelu oraz przygotowuje programy, mające poprawić ich sytuację. Statystyki przedstawione przez IAEJ faktycznie są przygnębiające:

  • jedynie 32% etiopskich ojców i 10% etiopskich matek posiada pracę,
  • umiejętności czytania 40% uczniów etiopskich w klasach 1-9 plasują się poniżej średniej ich klas,
  • podobnie jest z matematyką i hebrajskich u 60% etiopskich uczniów w klasach 1-6,
  • 6,2% uczniów etiopskich porzuca szkołę między 14 a 17 rokiem życia - to wskaźnik podwójnie przewyższający średnią krajową,
  • jedynie 28% uczniów etiopskich zdaje maturę - to mniej niż średnia krajowa,
  • 46% uczniów etiopskich jest kierowanych do szkół z internatem z powodu trudnej sytuacji finansowej ich rodziny,
  • 45% rodziców etiopskich nie potrafi posługiwać się językiem hebrajskim nawet w stopniu podstawowym,
  • w domach 49% etiopskich rodzin w jednym pokoju mieszkają dwie lub więcej osób,
  • w związku z trudnymi warunkami życia, wskaźnik przestępczości nieletnich wśród części populacji pochodzącej z Etiopii jest dwukrotnie wyższy od krajowych statystyk,
  • między 1996 a 1999 rokiem liczba aresztowanych młodych Etiopczyków wzrosła o 255%,
  • ponad połowa obecnej populacji Etiopczyków w Izraelu ma poniżej 19 lat.

Przyczyny takiego stanu rzeczy są dość oczywiste. W latach 80 i 90, kiedy Etiopczycy byli masowo przerzucani do Izraela w ramach akcji wojskowych, Izrael był już w pełni rozwiniętym przemysłowo i politycznie państwem. Zaś 75% rodzin, które przybyły wówczas do tego kraju, pochodziło z rolniczych, niezurbanizowanych części Etiopii. Najczęściej byli to analfabeci, którzy nigdy wcześniej nie widzieli białego człowieka. Nie znali języka, nie potrafili w ogóle odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie znali podstawowych przedmiotów użytku codziennego, stosowali zupełnie inne zasady zachowań międzyludzkich, itp. Państwo Izrael stanęło przed wielkim wyzwaniem, a mianowicie: jak doprowadzić do integracji Felaszy z resztą społeczeństwa?


Z ADDIS ABEBY DO TEL-AVIVU

Felasze - według jednej z popularniejszych historii mówiących o ich pochodzeniu - przybyli w liczbie pół miliona do Etiopii jako eskorta Menelika I (etiopskiego cesarza), prosto z dworu króla Salomona. Zamieszkali w okolicach Jeziora Tana, i przez wieki stawiali opór zarówno chrześcijańskim jak i muzułmańskim sąsiadom, ściśle przestrzegając zasad zapisanych w Torze i co dzień modląc się o powrót do Złotej Jerozolimy. Istnieją jeszcze trzy inne, dominujące teorie: 1) są oni jednym z zaginionych plemion Izraela - plemieniem Dan; 2) są potomkami etiopskich chrześcijan i pogan, którzy wieki temu przeszli na judaizm; 3) są potomkami Żydów, którzy opuścili Egipt w 586 r. p.n.e., po zburzeniu Pierwszej Świątyni.

Ich sąsiedzi określili ich mianem "Felasz" (Falasz) - obcy, najeźdźcy - słowem, które ma zdecydowanie pejoratywne znaczenie. Dlatego współcześni Żydzi etiopscy nalegają, by nazywać ich Bete Izrael - nazwą, którą sami siebie określają, a która oznacza Dom Izraela. Ja jednak będę stosować określenie Felasze, gdyż taka jest m.in. naukowa nazwa tej grupy PRZYP (Definicja PWN: Felaszowie - "kuszycki lud zamieszkujący tereny na pn. od jez. Tana w Etiopii, (...) znani jako Czarni Żydzi, sami siebie nazywają Bete Izrael ['dom Izrael']").

Setki lat społeczności żydowskie żyły rozproszone na całym świecie, często nie będąc świadome istnienia innych grup, jednak nikt nawet nie marzył o tym, że gdzieś w Afryce mogą żyć Czarni Żydzi. W 1769 roku szkocki naukowiec James Bruce napotkał przypadkowo Felaszy szukając źródła rzeki Nil. Wówczas oszacował ich liczebność na około 100.000 osób.

W 1947 roku, podczas głosowania ONZ nad utworzeniem państwa Izrael Etiopia wstrzymała się od głosu. Już w 1955 roku pozarządowa Agencja Sochnut zaczęła budować w Etiopii szkoły i kolegia nauczycielskie. W 1961 roku Izrael i Etiopia nawiązały oficjalne stosunki dyplomatyczne, które zostały zerwane podczas wojny Jom Kipur w roku 1973 (arabskie kraje wywarły presję na Afryce grożąc paliwowym embargo). Niedługo potem, w 1974 roku, w wyniku rewolucji wojskowej, Hajle Syllasje został zastąpiony przez pułkownika Mengistu Hajle Mariama i rozpoczęła się kolejna fala represji wobec Beta Israel. W ciągu kilku tygodni zamordowanych zostało 2.500 osób, a 7.000 zostało bez dachu nad głową. Z czasem represje nasilały się - zwłaszcza w prowincji Gondar, gdzie celowo osiedlano mieszkańców żydowskich wiosek razem z innymi, w celu wywołania zamieszek.

W 1977 urząd premiera Izraela przejął Menachem Begin i od razu podjął próby ratowania Żydów etiopskich. W tym samym roku uzyskał zgodę Mariama na przelot 200 Felaszy wojskowym samolotem, który pusty wracał do Izraela. Był to pierwszy krok w kierunku późniejszego exodusu Bete Izrael.

We wczesnych latach '80 rząd etiopski zaczął wydawać kolejne represyjne zakazy wobec społeczności żydowskiej, takie jak zakaz praktykowanie judaizmu i nauki hebrajskiego. Żydzi byli aresztowani pod zarzutem szpiegowania dla Izraela ("syjonistyczni szpiedzy"), a działalność religijnych przywódców byli kontrolowana przez rząd. Z czasem jednak kryzys gospodarczo-polityczny kraju pogłębił się tak bardzo, że władze zostały zmuszone do wystąpienia do krajów zachodu o pomoc humanitarną, m.in. USA i Izraela - co te wykorzystały do dalszych nacisków w sprawie Beta Izrael.

fot. Jacek Olejnikfot. Jacek Olejnik

Ostatecznie w 1984 rozpoczęto Operację Mojżesz, podczas której między 18 listopada 1984 roku a 5 stycznia 1985 (łącznie sześciu tygodni) przerzucono z Etiopii do Izraela prawie 8.000 ludzi. W tym czasie w Etiopii panowała klęska głodowa. Dwie trzecie (15.000) Felaszy nadal jednak pozostała w Afryce, po tym jak rząd Sudanu zakazał Żydom wyruszać do Izraela ze swojego terytorium. Często były to słabsze osoby, jak kobiety, chorzy i dzieci, które nie dałyby rady odbyć dalekiej wędrówki przez Sudan.

W 1985 prezydent Stanów Zjednoczonych George Bush wespół z CIA zorganizował kolejną akcję, pod kryptonimem Operacja Joszua, dzięki której kolejne 800 osób zostało przerzuconych z Sudanu do Izraela. Na przestrzeni kolejnych pięciu lat możliwości dalszych wyjazdów uległy zawieszeniu.

W 1990 roku Izraelowi udało się podpisać z rządem pułkownika Mengistu umowę, na mocy której członkowie Beta Izrael mogli wrócić do Izraela, aby dołączyć do swoich rodzin. Nagle okazało się, że pułkownikowi na rękę było pozbycie się Felaszy pod pretekstem "łączenia rodzin". W listopadzie i grudniu 1990 coraz więcej Felaszy opuszczało Etiopię.

Początek roku 1991 był początkiem wielkiej rebelii w Etiopii, skierowanej przeciwko Mengistu, który w maju uciekł z kraju. Życie Żydów etiopskich z dnia na dzień było w coraz większym zagrożeniu, dlatego rząd izraelski wydał specjalną zgodę na przerzucenie pozostałych w Etiopii Falaszy do Izraela w trakcie szabatu (był to dokładnie 24 maja 1991). W ciągu zaledwie 36 godzin 34 samoloty zdołały przewieźć ponad 14.000 ludzi. W czasie podróży lekarze przyjęli siedem porodów. Przywódca wojskowy całej akcji, pochodzący z Etiopii oficer izraelskich sił lotniczych Salomon Ezra, zapytał w pewnym momencie pilota jednego z samolotów, ile ma w środku pasażerów. Odpowiedział: "Ponad tysiąc". Ezra ostrzegł go, że samolot nie jest w stanie przewieźć więcej niż 500 osób. "Nie szkodzi" odpowiedział pilot "nie chcę zostawić tutaj żadnego z moich ludzi". "Nigdy nie czułem się bardziej dumny z bycia Izraelczykiem, niż w tamtym momencie", opowiada Ezra w książce D. Rosenthal ["The Israelis. Ordinary people in an Extraordinary Land", rozdz. "Out of Africa"]. Według Księgi Guinnessa była to największa liczba ludzi, jaka zmieściła się w jednym samolocie...

W latach 80' XX wieku w Etiopii żyło około 60.000 Felaszy. Dzisiaj, według World Jewish Congress jest ich już tylko około tysiąca (IAEJ podaje liczbę 2,5 tysiąca). Większość z nich to rodziny, którym z powodu zmiany wiary (tzw. Falasz Mura - Felasze chrześcijanie) nie przysługuje prawo powrotu do Izraela, choć ostatnio rząd uznał, że im także należy przyznać Prawo Powrotu, co wywołało gorącą debatę społeczną.

"Moi dziadkowie, uciekając pod osłoną nocy z Etiopii, nie byli nawet pewni, czy państwo Izrael istnieje naprawdę. Nie widzieli żadnych zdjęć, ani filmów, musieli wierzyć innym na słowo. Kiedy wreszcie dotarli do Ziemi Obiecanej poczuli się oszukani. Przecież to ma być państwo żydowskie, a tu są sami Biali ludzie!" - opowiadała mi dwa lata temu Ohra Tamano, która przyjechała do Polski wraz z grupą izraelskich studentów na obóz Polskiej Unii Studentów Żydowskich. "Moja rodzina nie widziała wcześniej Białych Żydów PRZYP, od wieków uważali, że są jedynymi Żydami na świecie i jasne było dla nich, że Żyd musi być Czarny. To był pierwszy szok. Potem przyszły kolejne, jak na przykład to, że wielu Izraelczyków żyje w świecki sposób". Koleżanka Ohry, Liat Damoza, opowiadała nam, jak ciężko było jej rodzinie poznać zasady działania tzw. nowoczesnego społeczeństwa. Do dziś rozmawia z babcią tylko w języku amhari - babcia nigdy nie nauczyła się hebrajskiego. Rodziny obu dziewczyn pozostały tradycyjne i bardzo religijne, musieli jednak nauczyć się obchodzić nowe święta, takie jak Chanuka czy Purim, które weszły do rocznego kalendarza już po tym, jak Żydzi etiopscy odseparowali się od reszty Żydów. Nauczyli się też modlić po hebrajsku, zamiast w tradycyjnym języku liturgicznym geez.

Największym zawodem, jaki spotkał etiopskich imigrantów w Izraelu był fakt, że nie zostali przez władze religijne uznani za "pewnych Żydów". Co prawda, od momentu odkrycia istnienia Felaszy kolejni rabini deklarowali uznawanie ich za Żydów. W 1864 roku wydało takie oświadczenie wiele autorytetów rabinicznych, m.in. rabin niemieckiego Eisenstadt, Azriel Hildsheimer. W 1908 roku naczelni rabini 44 krajów poparli jego opinię. W najnowszej historii Izraela za Żydów uznali ich kolejno: naczelny rabin sefardyjski Josef Ovadia w 1973 roku, a trzy lata później naczelny rabin Żydów aszkenazyjskich. To głównie na podstawie tych opinii rząd uznał, że Bete Izrael mają prawo powrotu do Ziemi Obiecanej.

Po przyjeździe Felaszy do Izraela sprawa okazała się jednak bardziej skomplikowana. Część małżeństw była mieszana, co miało szczególne znaczenie, jeśli to kobieta nie była Żydówką. Nie ma też do dzisiaj stuprocentowej pewności, czy Felasze są potomkami ludu Dan. Ze względu na brak dokumentów, aktów urodzenia czy dokumentów z gmin wyznaniowych trudno było być pewnym losów danej rodziny. Rabini nie mogli sobie pozwolić na niepewność i niedomówienia. Podjęto decyzję o przymusowym przechodzeniu przyśpieszonej konwersji wszystkich nowych imigrantów z Etiopii. Zwykle proces przechodzenia ortodoksyjnej konwersji trwa minimum dwa lata. Tutaj wymagano tylko ostatniej części procesu, czyli spotkania z Beit Dinem (sądem rabinicznym) oraz - w przypadku kobiet - zanurzenia się w rytualnej mykwie, a w przypadku mężczyzn obrzezania, lub - jeśli takie miało już wcześniej miejsce - symboliczne upuszczenie paru kropli krwi. Sprawa ta do dzisiaj budzi kontrowersje i jest bolesnym wspomnieniem dla tysięcy nowoprzybyłych obywateli państwa Izrael.

Kolejnym, łatwym do przewidzenia problemem był pierwszy kontakt Etiopczyków z techniką. Przybyli oni do Izraela w okresie, kiedy właśnie napływała kolejna fala imigrantów z krajów b. ZSRR i razem z nimi byli umieszczani w ośrodkach absorpcji. Donna Rosenthal opisuje w swojej książce, jak Rosjanie byli zszokowani widokiem takiej ilości imigrantów z Afryki - większość z nich nigdy wcześniej nie widziało Czarnego człowieka. Pochodząc często ze świeckich rodzin nie znali również nie tylko kultury etiopskiej, ale nawet podstaw judaizmu. Nie potrafili więc zrozumieć, czemu część Etiopek sypiała na korytarzu. Postępowały tak, gdyż traktowały korytarze jak zastępcze domy menstruacyjne - w ortodoksyjnym judaizmie kobieta tuż przed, w trakcie i po miesiączce jest nieczysta i nie może mieć żadnego kontaktu fizycznego z mężczyzną. Prawo to było w Etiopii przestrzegane bardzo surowo. Bete Izrael kompletnie nie rozumieli nowo zastanej rzeczywistości - na przykład nie wyłączali światła lub nie zakręcali kranu z wodą, w obawie, że cudowna elektryczność lub źródło bieżącej wody już więcej się nie odnowią. Nie potrafili korzystać z toalety, telefonu, telewizora. Bali się hałasów wydawanych przez samochody, czy nawet odkurzacze. Ubierali się w prześcieradła, traktując je jak togi. Co czym jest i jak się tym posługiwać - to tłumaczyli im pracownicy socjalni, mieszkający z nimi w ośrodkach. Sami jednak nie byli często świadomi, że np. kobieta nie może niczego tłumaczyć mężczyźnie, a młodsza osoba nie może się pierwsza odezwać do kogoś starszego. Każdego dnia wszyscy uczyli się czegoś nowego. "Nie ma dwóch innych żydowskich społeczności w stanie głębszej desperacji społecznej" - powiedział słynny w Izraelu Natan Sharansky, były dysydent ZSRR więzień w ZSRR i wielki zwolennik przywiezienia Felaszy do Izraela. "Imigranci z mojego kraju byli najbardziej odseparowani pod kątem kultury i judaizmu, zaś ci Etiopczycy byli najbardziej odizolowani pod kątem położenia geograficznego. Podczas gdy my prawie do końca zasymilowaliśmy się, Etiopczycy zachowali swoją wiarę mimo bycia odciętym od reszty Żydów przez wieki. My nie znaliśmy sensu życia w gminie, dla Etiopczyków zaś wspólnota plemienna była podstawą ich tożsamości".

Rosenthal opisuje świetnie w swojej książce zderzenie kultury zachodniej z kulturą afrykańską na przykładzie pierwszych kontaktów Etiopczyków z lekarzami. Dr. Harari opowiada, jak wiele nieporozumień wynika nie tyle z braku odpowiedniego tłumaczenia, ile z różnic kulturowych. "Wielu pacjentów narzeka na kłopoty z sercem", opowiada, "na początku większość lekarzy przepisywała im nitroglicerynę. Dopiero z czasem okazało się, że dla Etiopczyków serce jest źródłem każdego fizycznego bólu..." Problemem wielu Etiopczyków była depresja wywołana rozłąką z rodziną. Izraelscy psychologowie często radzili się w takich sytuacjach tradycyjnych etiopskich uzdrowicieli.

W tej samej książce swoje pierwsze wrażenia, z rozpoczęcia życia w Izraelu w 1975 roku, opisuje późniejszy bohater narodowy, Salomon Ezra: "Miałem szesnaście lat, kiedy po raz pierwszy stanąłem na ziemi mojej prawdziwej ojczyzny. Był to najszczęśliwszy dzień mojego życia. Było tu wtedy zaledwie stu Żydów etiopskich. Ja byłem jedynym Czarnym Żydem w kibucu, w którym dostałem swoje stypendium naukowe. Byłem zaskoczony, kiedy nauczyciel wchodził do klasy, a uczniowie nie wstawali. Zwracali się też do nauczycieli po imieniu. Z początku, kiedy nauczyciel mówili, siedziałem tylko cicho z tyłu. Pewnie myśleli, że nie słucham ich albo mam jakieś problemy emocjonalne. W kulturze, w której się wychowałem, nie wolno nam było patrzeć w oczy osób od nas starszych, nawet, kiedy rozmawialiśmy z własnymi rodzicami. Byliśmy też nauczeni, jak chować w sobie wszystkie emocje. Moi koledzy pomogli mi nie tylko w zwykłych przedmiotach, ale nauczyli mnie też, jak się kłócić i przerywać innym. Nie mogłem przyzwyczaić się do tego, jak bardzo byli bezpośredni i jak mocno wyrażali swoje emocje". Po sukcesach w liceum Salomon został przyjęty, jako jedyny wówczas Czarny chłopak, do szkoły lotniczej. "Siły lotnicze to jedna wielka szkoła hucpy. To tam nauczyłem się, że zawsze jest jakieś wyjście, kiedy wydaje się, że go nie ma". Z powodu wyżej przedstawionych różnic, w proces asymilacji Etiopczyków rząd zainwestował cztery razy więcej pieniędzy niż w inne grupy imigranckie. "Absorpcja Rosjan jest wielkim narodowym wyzwaniem. Absorpcja Etiopczyków jest zaś testem naszego narodowego honoru" - powiedział jeden z Ministrów Absorpcji.

ZDERZENIE Z CODZIENNOŚCIĄ

Można by uznać, że statystyki wymieniane przez IAEJ są przesadzone, żeby zrobić "mocniejsze wrażenie". Niestety, są one często potwierdzane przez inne źródła. Jednym z nich jest Izraelski Rocznik i Almanach 1998. Wymieniony w nim artykuł "Ethiopian Jews in Israel" opisuje sytuację Felaszy. Na przykład jedynie 18,5% obywateli pochodzących z Etiopii ma własne mieszkania lub domy - aż 41% (wliczając w to małżeństwa) mieszka z rodzicami. Dla porównania, w skali krajowej własne mieszkanie posiada 75% obywateli. Tylko 15% uczniów etiopskich zdaje maturę, jednocześnie aż 52% określa swoją edukację jako "satysfakcjonującą". Jedna trzecia Etiopczyków jest bezrobotna.

Artykuł podaje też jednak pozytywne informacje. Aż 90% etiopskich rodziców nie ma nic przeciwko temu, żeby ich dzieci miały Białego męża czy żonę. To dobrze, bo zamykanie się we własnej społeczności mogłoby zaowocować ostracyzmem, jaki panuje w Izraelu na przykład wokół imigrantów z byłego ZSRR. Pamiętam jednak, jak Ohra i Liat opowiadały nam, że ich dziadkowie byliby bardzo niepocieszeni, gdyby chciały wyjść za mąż za Białego chłopaka. Inną, pozytywną informacją w artykule jest to, że jedynie 19,5% Etiopczyków deklaruje, że doświadczyli dyskryminacji rasowej, a aż 81% jest przekonanych, że jeśli są nie lubiani przez sąsiadów, to na pewno nie z powodu koloru skóry. Artykuł wymienia dwa określenia stosowane przez rasistów w Izraelu: kushi (od kushim, czyli biblijnej nazwy Etiopii) i shehorim będące synonimami polskiego wyrażenia "czarnuch". Choć Felasze twierdzą, że czują się dyskryminowani ze względu na kolor swojej skóry, na pewno są stereotypowo traktowani ze względu na rejon świata, z którego pochodzą. Jedną z głośniejszych tego typu historii było ujawnienie w 1996 faktu, że izraelskie szpitale regularnie wyrzucali krew oddawaną przez Etiopczyków. Z góry zakładano, że może być ona zakażona wirusem HIV. Innym przykładem dyskryminacji jest nieuznawanie przez jedną z największych i najważniejszych grup chasydzkich na świecie - Chabad - imigrantów z Etiopii za Żydów (mimo przeprowadzonych konwersji). Między innymi istnieje zakaz przyjmowania ich dzieci do przedszkoli chabadzkich. Z taką informacją spotkałam się tylko w jednym artykule , ale jeśli jest to prawdą, to przy skali wpływów, jakie ma Chabad na życie w Izraelu i życie żydowskie na całym świecie, taka opinia może mieć ogromny wpływ na samoocenę Felaszy i ich miejsce w społeczeństwie izraelskim. Pytałam znajomych pracujących w warszawskim Centrum Chabadu, czy jest to prawdziwa informacja. Odpowiedzieli, że w pewnym sensie tak, gdyż konwersja, którą przeszli Bete Izrael była masowa, przymusowa i bardzo szybka - najwyraźniej niepewna dla ultra ortodoksyjnego Chabadu...

Czytając dalsze informacje przedstawione przez IAEJ można poznać lepiej obecną sytuację Felaszy. Większość rodzin etiopskich ma dochody poniżej linii ubóstwa. Nie jest to co prawda stan równoznaczny z głodowaniem, jednak ma on ogromny wpływ na atmosferę w domach etiopskich. Większość rodzin etiopskich jest wielodzietna, a głową rodziny jest bezrobotny mężczyzna w wieku około 50, 60 lat. Etiopscy mężczyźni żenią się z kobietami młodszymi o nawet trzydzieści lat. Młode matki również często pozbawione są źródła dochodu, tak więc cała rodzina utrzymuje się z pomocy socjalnej. Jeśli już mają jakiekolwiek zarobki, wynoszą one 650-900 USD miesięcznie, co w Izraelu jest bardzo niską pensją, zwłaszcza przy posiadaniu kilkorga dzieci. Problemem etiopskich małżeństw była rozłąka spowodowana etapowym przerzucaniem ich do Izraela. Na ogół podczas wcześniejszych akcji do Izraela przyjeżdżały, dużo młodsze od swoich mężów, młode matki z dziećmi. Ze względu na młody wiek szybciej akceptowały zasady działania nowego otoczenia. Kształciły się, na przykład na pomoc lekarską, a ich dzieci w tym samym czasie rozpoczynały edukację w izraelskich szkołach. Kiedy parę lat później dołączali do nich mężowie nie mogli rozpoznać w kobiecie ubranej w spodnie i mówiących po hebrajsku dzieciach swojej rodziny. Zjawisko bezrobotnego ojca jest bardzo częste wśród Felaszy, a rozwody zdarzają się sześć razy częściej niż wśród innych Żydów w Izraelu - pisze w swojej książce Rosenthal.


fot. Jacek Olejnik


Najtrudniejsza sytuacja wydaje się panować wśród najstarszego pokolenia. Na ogół osoby te nie znają w ogóle języka hebrajskiego, mają ogromne trudności w odnalezieniu się w izraelskiej rzeczywistości. Spędzają więc czas na tym, co w tej sytuacji wydaje im się najważniejsze - na podtrzymywaniu rodzinnych kontaktów. W Etiopii za rodzinę uważa się nawet bardzo dalekich krewnych, a ze względu na dużą ilość dzieci, najbliższa rodzina może liczyć nawet 500-1200 członków. Ohra i Liat podkreślały, jak ważna jest wciąż w ich rodzinach ustna tradycja. Rodzice od dziecka uczyli je imion i historii każdego członka rodziny, oczywiście w języku amhari, aż do siedmiu pokoleń wstecz. Dzięki temu, kiedy kogoś poznają, bardzo szybko mogą sprawdzić, czy nie są spokrewnieni i czy przodkowie danej osoby (np. kandydata na męża) byli kimś ważnym w społeczności. Jest to typowa forma przekazu ustnego. Starzy Felasze jeżdżą więc wzdłuż i wszerz kraju, odwiedzając krewnych z okazji ślubów i pogrzebów.


Rozłam między dwoma starszymi pokoleniami, a młodzieżą jest oczywisty i bardzo wyraźny. Starsi nie znają języka hebrajskiego, co utrudnia im asymilację i poszerzanie wiedzy na temat kraju. Wychowani w innej kulturze nie rozumieją swoich dzieci, które inaczej się zachowują, ubierają, wysławiają. Nie potrafią im pomóc w lekcjach, bo sami są za słabo wykształceni. Innym problemem jest powolne odchodzenie młodzieży od religii - tego pierwiastka, który trzymał Felaszy w jedności przez setki lat. Starsi nie potrafią tego ani zrozumieć, ani zaakceptować. "Moi rodzice mówią, że ubieram się niestosownie i że nie zachowuję się jak Etiopka. Cóż, faktycznie tak jest. Jestem Izraelką" - mówi w książce Rosenthal jedna z uczennic religijnej szkoły średniej, Ziona. Dziewczyny, które poznałam, Ohra i Liat, były religijne, ale widziałam w Izraelu bardzo dużo czarnej młodzieży, która już samym tylko strojem wyrażała swój lekceważący stosunek do sztywnych zasad judaizmu (zwł. tego w etiopskiej wersji). Zdarza się, że młodzież wręcz wstydzi się starszych przedstawicieli swoich rodzin, którzy chodzą ubrani w tradycyjny sposób - w todze i z kijem w ręku.


Kolejnym problemem związanym ze tą społecznością jest to, gdzie mieszkają. Ponieważ Etiopczycy często na początku mieszkali w obozach, przypominających obozy uchodźców, rząd wydał decyzję, na podstawie której muszą oni kupować mieszkania w centrach miast. Jednak pieniądze, które dostawali pozwalały im na osiedlanie się tylko w gorszych dzielnicach. Jedną z nich są np. okolice dworca autobusowego w Tel-Avivie, nazywane potocznie Małą Afryką. Dzieci spędzają całe dnie na ulicy albo w centrach handlowych w salonach gier. Zrywają się z lekcji albo idą tam zaraz po szkole. Nikt w tym czasie nie opiekuje się nimi, poza wolontariuszami, ale tych jest wciąż za mało. Rodzice nie mają czasu na opiekowanie się starszymi dziećmi, bo cały ich czas pochłaniają te najmłodsze. Zmęczeni życiem w przeludnionym mieszkaniu nie potrafią porozumieć się z nastolatkami, które mówią wyłącznie w hebrajskim slangu ulicznym. Z czasem młodzież uzależnia się od narkotyków (łącznie z wąchaniem kleju), dołącza do zorganizowanych grup przestępczych i zaczyna łamać prawo.


NAJWIĘKSZE BARIERY

Dzieci przed pójściem do szkoły nie otrzymują żadnej wstępnej edukacji w domu rodzinnym. Rodzice analfabeci sami nie potrafią albo nie mają czasu ich niczego nauczyć, a przedszkola są zbyt drogie (to koszt około 350$ miesięcznie). Na 6000 rodzin z małymi dziećmi jedynie 1500 dostaje pocztą lub od wolontariuszy materiały edukacyjne do pracy z dziećmi. Psychologowie podkreślają zaś, jak zasadniczy wpływ na rozwój intelektualny dziecka mają pierwsze cztery lata życia. Jednak z momentem pójścia do szkoły sytuacja tych dzieci wcale nie poprawia się. Na ogół idą do szkoły rejonowej, w której są albo inne dzieci etiopskie (ok. 30%) albo dzieci biednych imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Największy problem dzieci mają z językiem hebrajskim, angielskim i matematyką. Ocenia się, że 48% dzieci (pochodzących z rodzin przybyłych podczas Operacji Mojżesz) ma problemy z rozumieniem czytanego tekstu. Około 50% dzieci etiopskich nie zna matematyki na wymaganym poziomie, podczas gdy w ogólnych statystykach takich uczniów jest 21% (przedmioty ścisłe są bardzo popularne w Izraelu).

Nadal najmłodsze dzieci wysyłane są z reguły do szkół religijnych (dotyczy to zwł. rejonów, gdzie mieszkają imigranci z Etiopii), które przedmioty świeckie mają na dużo niższym poziomie niż zwykłe szkoły. Według IAEJ samo Ministerstwo Edukacji przyznaje, że świeckim szkołom nie zależy na przyjmowaniu etiopskich uczniów, którzy od samego początku są słabsi. Kolejny etap edukacji - gimnazja - ze swoim systemem "lepszych" i "gorszych" klas nie poprawia sytuacji tych dzieci. Z reguły przydzielane są do tych powolniejszych klas. Rozwiązaniem sytuacji mogłyby być intensywne letnie kursy, ale wciąż jest ich za mało.

Inną formą edukacji są szkoły z internatem, do których rodzice chętnie wysyłają swoje dzieci, dzięki czemu mają więcej miejsca w domu i więcej czasu dla młodszego rodzeństwa. Młodzież, pozbawiona wsparcia ze strony rodziny, odczuwa jeszcze większą niechęć do nauki. Do takich szkół trafiały też dzieci, osierocone w drodze do Izraela. Szkoły z internatem popełniały dawniej (na fali ideologicznego syjonizmu) poważny błąd, starając się wmówić Bete Izrael, że ich kultura nie jest żadnym powodem do dumy i powinni ją odrzucić. Wmawiano im, że niedopowiendnio przestrzegają zasad judaizmu. Podobnie zabraniano wcześniej Żydom sefardyjskim rozmawiać w ladino, jedynym dozwolonym językiem w Izraelu miał być język hebrajski. Na szczęście takie poglądy dziś są nie do pomyślenia.

Na początku lat '90 aż 90% młodzieży etiopskiej uczęszczała do tego typu szkół. Obecnie, dzięki pracy organizacji pozarządowych jest to około 70% i prawdopodobnie będzie spadać. Inną innowacją jest wprowadzenie programów maturalnych do liceów z internatem. Wcześniej wielu etiopskich uczniów nie podchodziło do matury (bagrut), która jest izraelskim odpowiednikiem dyplomu ukończenia liceum w USA. Nadal jednak zbyt mało Felaszy idzie na studia. Tak mało, że wydarzeniem wartym opisania w krajowym dzienniku było zdobycie w 1999 roku przez pierwszego Etiopczyka, 27-letniego Avrahama Yitzaka, tytułu doktora medycyny (pisał o tym dziennik Jerusalem Post 10 listopada 1999). Spośród tych, którzy zdecydowali się zdawać bagrut udawało się to jedynie 3%. W 1998 roku liczba ta wynosiła już 12% wśród wszystkich osiemnastolatków. Liczba ta różni się od danych podawanych przez Ministerstwo Edukacji, które podaje liczbę 22% wśród absolwentów 12 klasy. Przy opracowywaniu tych danych, jak słusznie zwraca uwagę IAEJ, nie wzięto jednak pod uwagę faktu, że szkoły opuściło przed 12 klasą lub nie ukończyło ostatniej klasy aż 45% Felaszy. Pocieszającym jest fakt, że w 2002 maturę zdało już 28% uczniów, spośród Etiopczyków, którzy zdecydowali się pisać egzamin, jak pisze Donna Rosenthal.

Opuszczanie szkoły przed jej ukończeniem to jeden z najpoważniejszych problemów wśród etiopskich uczniów. W 1994 roku 500 uczniów przestało przychodzić na zajęcia. W 1997 było ich już między 1800 a 2000 - to aż 15% ogólnej populacji uczniów w Izraelu. Większość uczniów opuszczających szkoły to wg IAEJ chłopcy. Wciąż istnieje też problem braku materiałów naukowych. W 1998 roku nauczyciele raportowali, iż jedynie połowa uczniów etiopskich przynosi ze sobą do szkoły podręczniki i ćwiczenia.

Widoczny jest też niewielki odsetek Czarnych studentów na izraelskich uczelniach. W 1998 roku było ich zaledwie 400 (sic!). Większość z nich, co znamienne, studiowała kierunki społeczne, jak praca socjalna czy pedagogika. Było też kilku studentów prawa, dwóch studentów medycyny, a także około 50 uczniów, obojga płci, na kursach pielęgniarskich. W 2002 etiopskich studentów było już 1500, jednak nadal nie jest to w żadnym stopniu satysfakcjonująca liczba, jeśli weźmiemy pod uwagę, że społeczność etiopska w tamtym roku liczyła sobie około 80.000 osób...


EDUKACJA KROKIEM DO PRZODU

Z powyższego opisu wyraźnie wynika, że jedyną szansą na poprawę sytuacji życiowej Felaszy w Izraelu jest edukacja. Podkreślają to wszystkie organizacje pozarządowe, z których materiałami zetknęłam się podczas pisania tej pracy. Dlatego powstaje bardzo wiele programów, mających na celu pomoc "Czarnym dzieciom ulicy". Najczęściej są one w dużej mierze lub w całości sponsorowane przez rząd izraelski.

Jedną z takich jest zakładanie drużyn harcerskich. Projekt Sh'va, zaczął działać na jesieni 1998, startując ze skromną liczbą 50 harcerzy obojga płci, podczas gdy etiopska społeczność w Izraelu liczyła sobie wówczas ok. 60 tysięcy osób (z czego 60% miało poniżej 18 lat).

Problemem młodzieży etiopskiej jest nie tylko brak wykształcenia czy znajomości języka, ale przede wszystkim brak wiary w siebie i poczucie, że nie będą w stanie wspiąć się po drabinie społeczeństwa izraelskiego. Organizacje skautowskie dają młodym ludziom narzędzia - takie jak dyscyplina, mobilizacja, specyficzne wartości, pomoc i wsparcie przyjaciół z drużyny i opiekuna - które pozwalają im uwierzyć w siebie i osiągnąć sukces. "Etiopscy Izraelczycy są głodni sukcesu" - mówi w artykule Wendy Elliman Tsabi Mangasha, jeden z dwóch krajowych koordynatorów projektu - "zdają sobie jednocześnie sprawę, że to edukacja jest najszybszą drogą, aby ten sukces osiągnąć". Jednak wizja organizacji rządowych, jak przeprowadzać edukację tych dzieci różni się od wizji takich organizacji jak Joint Distribution Comitee, która jest głównym organizatorem projektu Sh'va. Według rządu podstawą rozwoju mają być dodatkowe lekcje udzielane po codziennych zajęciach, zaś ruchy młodzieżowe to tylko zabawa i strata cennego czasu. Dlatego przedstawicielka działu edukacji Jointu, Anat Penso, zaangażowała do projektu IAEJ (Israel Association for Ethiopian Jewry), Coalition for the Advancement of Ethiopian Education i oczywiście Tzofim (Izraelski Związek Harcerski), liczący sobie ponad 35.000 członków.

Jednym z pierwszych przejawów działalności projektu w roku jego powstania był obóz dla skautów etiopskich i "zwykłych" skautów izraelskich. Okazało się, że przeciętny młody Izraelczyk bardzo niewiele wie o kulturze i historii Żydów etiopskich, obóz stał się więc świetnym miejscem na wymianę doświadczeń i poglądów, do której na co dzień w wyniku podziałów społecznych pewnie by nie doszło. Bohaterka artykułu, Sheli, wspomina: "Ten obóz letni był pierwszą okazją spędzenia czasu z Etiopczykami, a nie tylko czytania o nich w prasie. Rozmawialiśmy i odwiedzaliśmy ich domy, muszę ze wstydem przyznać, że nie zdawałam sobie sprawy, że ludzie w Izraelu mogą żyć w takich warunkach". Ideą programu jest wychowywanie grupy osób, które będą kształcić kolejne pokolenia. 12latkowie, którzy jako nastolatki pojechali po raz pierwszy na tego typu obóz, za parę lat sami będą takie obozy organizować i pomagać "dzieciom ulicy".

Na efekty projektu Sh'va nie trzeba było długo czekać, strona internetowa Tzofim podaje, że już 1500 etiopskich Żydów należy do ich organizacji. Oznacza to, że liczba Etiopczyków w ciągu 5 lat wzrosła o 1000%. Obok tej informacji podane są statystyki, według których prawie 100% Czarnych skautów kończy liceum i aż 85% spośród nich zdaje maturę. W ramach programu w Tzofim powstał specjalny chór etiopski, mający na celu utrzymanie i propagowanie tradycji etiopskich.

Innym przykładem pracy z młodzieżą jest wolontariat w ramach pozarządowej organizacji ELEM, która od dwudziestu lat zajmuje się w Izraelu pomocą dzieciom narażonym na patologię. Na ich stronie www możemy przeczytać historie wolontariuszy, jednym z nich jest Simcha Getahune. Urodzona w Etiopii córka nauczyciela hebrajskiego była najstarszą z dziewiątki rodzeństwa. Jej ojciec został osadzony w więzieniu za działalność syjonistyczną. Mając 16 lat udało jej się z siostrą, w ramach operacji Mojżesz, przedostać do Izraela. Reszta rodziny dołączyła do nich dwa lata później. Historia Simchy jest wyjątkowa - już w 1987 roku studiowała na kierunku organizacji pomocy społecznej na uniwersytecie w Bar Ilan, Ten kierunek i osobiste przeżycia zdecydowały o tym, że Simcha postanowiła pracować społecznie dla etiopskich imigrantów, którzy nie potrafili się zintegrować z resztą Izraelczyków. Dlatego od 1996 roku, w ramach pracy w ELEM zaczęła działać w trzech miastach. Dzisiaj koordynuje już pracę z 850 etiopskimi dziewczynkami w dziesięciu miastach. Problemy, z którymi się styka to typowe problemy zaniedbanych psychologicznie młodych dziewczyn: depresje, alkohol, narkotyki, prostytucja i niechciane ciąże. Wiele z tych problemów jest efektem niedobrych relacji rodzinnych, więc często całe rodziny są poddawane terapii. Pracownicy ELEM są też w stałej współpracy ze szkołami i gminami wyznaniowymi. Podstawową różnicą między programami rządowymi, a programami ELEM (co zarazem jest ich atutem), jest to, że pracownicy socjalni sami są Etiopczykami i dzięki temu nie tylko jest im łatwiej zrozumieć swoich podopiecznych, ale też łatwiej jest zdobyć ich zaufanie.

Z wolontariatem w szkołach z internatem spotkała się moja koleżanka z warszawskiej Gminy Wyznaniowej Żydowskiej, Miriam Gonczarska. W 1995 i 2001 roku była w Jerozolimie w dwóch ortodoksyjnych jesziwach dla kobiet - "Nishmat" i "Matan" - gdzie odbywały się zaawansowane programy talmudyczne dla międzynarodowych studentów. W jesziwie było też około 30-60 dziewczyn z Etiopii, w wieku około 18 lat. Były tam w ramach dwuletniego programu rządowy (przygotowanie do matury, a potem studia), całkowicie sponsorowanym. W programie miały głównie przedmioty szykujące do matury (zwł. matematykę, angielski i hebrajski, czyli przedmoty sprawiające największe trudności), ale też dużo przedmiotów religijnych. Dziewczyny znalazły się w tej szkole, bo nie zdały matury w zwykłym liceum i bez intensywnej nauki w szkole z internatem nie zdałyby na studia. Co roku jakieś 50% z nich udawało się zdać maturę. Tylko dla Felasze organizowane są takie programy. Miriam bardzo dobrze wspominała opiekunki, które mieszkały z dziewczynami, które mieszkały z nimi. Taka praca w wolontariacie to jedna z form szirut leumi - służby narodowi - czyli zastępczej służbie w armii. Nauczyciele również byli z nimi związani emocjonalnie. Etiopki rozmawiały ze sobą dużo po hebrajsku, nie tylko w amhari czy tigri, chociaż wszystkie urodziły w Etiopii. Mimo pierwszych trudności, jak przymusowe konwersje (dziewczyny przyjmowały wtedy hebrajskie imiona - często były to tłumaczenia ich amharyckich imion), były bardzo patriotycznie nastawione do Izraela. Stało się tak również dzięki ogromnej pomocy, jaką im ten kraj udzielił, a także dlatego, że stopniowo kolejni przedstawiciele tej grupy zaczęli odnosić sukcesy zawodowe i naukowe. Pomimo otaczających je trudności zdały sobie sprawę, że mogą się dostać do elity społeczeństwa izraelskiego.

 

"Lion of Zion"

Na koniec chciałam krótko zarysować jeden z ciekawszych wątków, z jakim się spotkałam, zbierając materiały do tej pracy. W jednym z artykułów pada ciekawa uwaga na temat młodzieży etiopskiej dyrektora Izraelskiego Radia Amhari: "Kiedy przyjrzymy się ich fryzurom, ubraniom, czy nawet biżuterii okazuje się, że to coś zupełnie innego, niż to, do czego przywykliśmy. Czarna młodzież w Izraelu nie czuje się częścią izraelskiego społeczeństwa, dlatego starają się nawiązywać w swoim wyglądzie i zachowaniu do Afroamerykanów lub Jamajczyków". W podobnym tonie wypowiada się dr Sami Shalom Chetrit, wykładowca kulturoznastwa na Hebrew University w Jerozolimie: "Etiopczycy czują się odrzuceni przez izraelskie społeczeństwo. Dlatego przyjęli styl Afroamerykanów i mieszkańców Karaibów. Bardziej swojsko czują się w towarzystwie innych czarnoskórych [nieżydowskich] imigrantów niż wśród Żydów. Jednak nie jest to jeszcze masowy ruch społeczny". Opinię tę potwierdził jeden z moich znajomych, mieszkający od kilku lat w Jerozolimie. Opowiadał o specjalistycznych sklepach z piękną biżuterią i ozdobami w stylu afrykańskim, prowadzonych przez Etiopczyków, mówił też, że widać na ulicy, że Czarne młodzieży w Izraelu imponuje styl rasta, a czasem nawet "gangsta" - czyli na dobrą sprawę zachowania kulturowe niewiele mające wspólnego z Etiopią.


J.T.