Pocztówki z wojny - lipiec 2006r.

Pocztówki z wojny - lipiec 2006r. Michal spędziła czas wojny z Hezbollahem daleko od pogrążonej w ogniu Galilei. Przeczekała trudne miesiące u swej rodziny w Tel Awiwie. Odległość nie miała jednak znaczenia. W Libanie był jej brat i chłopak. Całe dni spędzała przyklejona do [...]

[...] telewizora, wojennego przyjaciela z przymusu każdej kobiety w Izraelu.


Pewnego dnia ta dwudziestoletnia, zmęczona czekaniem dziewczyna znalazła sposób na ujarzmienie swego strachu. Napisała maila do swych najbliższych koleżanek z pracy w północnej Galilei. Chciała podzielić się każdą najczarniejszą myślą nie dającą spokojnie zasnąć.

List dotarł do nich w trudnym czasie. Racheli, w piątym miesiącu ciąży, czekała na brata i próbowała zaprzyjaźnić się ze strachem. Zehawit usiłowała chodzić do pracy, a popołudniami wraz mężem i dwuletnią córeczką w pośpiechu kursowała między domem a schronami. Yuli, dwudziestosześciolatka urodzona w Kijowie, została w Hajfie i liczyła na szczęście. Pochodząca z Holandii Tamar nie opuściła swojego kibucu na północy Galilei i schron zaczynała już nazywać drugim domem. Suzana, energiczna blondynka około czterdziestki, mimo ciągłego zagrożenia brała dzieci na spacery, by oszukać niespokojny czas. A Kolumbijka Bibi, która kilka lat temu poślubiła Żyda, przeżywała pierwszą w życiu izraelską wojnę.

Samotne dni upływały w rytmie ucieczek do ciasnych i dusznych bunkrów, nasłuchiwania wciąż nadchodzących złych wieści z frontu i liczenia na roztrzęsionych palcach kolejnych ofiar. Czy wróci? Czy żyje? Kiedy to się wreszcie skończy? Czy zdążymy dziś do schronu?

(AFP: Gali Tibbon)

Te pytania spadały na nie jak ciężkie kamienie. Musiały je zbierać i dalej uciekać, brać na ręce płaczące dzieci, przestraszone hukiem fruwających nad głowami rakiet. Oglądając wiadomości z zachodnich kanałów telewizyjnych nie mogły uwierzyć, że pokazywano tam jedynie Liban. Tymczasem one cierpiały równie bardzo, ich łzy miały równie słony smak. Strach nie znał granicy izraelsko-libańskiej, nie rozróżniał bojowników Hezbollahu od armii Izraela. Każda pojedyncza śmierć kosztowała tyle samo.

List od Michal stał się doskonałą terapią. Ta wymiana myśli przekształciła się z czasem w swoiste forum wsparcia. Odpisujące koleżanki zaczęły dzielić się swymi obawami i przeżyciami. Nagle zdały sobie sprawę, że nie są w swej rozpaczy same. A tego najbardziej wówczas potrzebowały.

Lipiec 2006

Witajcie,

Jestem oficjalnie w depresji. Zginęło już piętnastu żołnierzy rezerwy, a to przecież nie koniec. Nie mogę już tego znieść. Mama właśnie opowiedziała mi, co działo się podczas wojny Jom Kippur w 1973 roku. Wszyscy mężczyźni w kraju byli wysłani na front na sześć miesięcy! Przez pół roku nie pracowali. Przez pół roku ich żony nie wiedziały, co się z nimi dzieje. Jednego dnia zginęło tysiąc żołnierzy i żadna z nich nie wiedziała, czy wśród ofiar był jej mąż. Moja mama była wtedy w ciąży. W dniu zawarcia pokoju i odesłania żołnierzy z frontu urodziła syna. Jakby wyczuł, że jest już na tyle spokojnie, że może przyjść na świat.

Mama mówi, że mamy szczęście, że dotąd nie przeżyłyśmy żadnej wojny i że teraz słyszy się o zmarłych żołnierzach na następny dzień w telewizji. Wiem, że jako urodzona tutaj powinnam być silna, ale nie mogę już tego wytrzymać.

Mam wrażenie, że odgrywamy tylko partię dla USA, a Liban jest rozgrzewką przed Iranem. Czuję, jakbyśmy walczyli za nich. Nie mogę znieść myśli, że z tego powodu muszą umierać ludzie. Chciałabym urodzić się w Europie...

Uściski dla Was wszystkich,

Michal

Z początku list Michal je zirytował. W Izraelu temat wojny odbijał się od każdej ściany. Po co sadystycznie wyciskać uczucia niczym soczystą cytrynę? Po co przelewać swój gorzki strach na innych? Po chwili jednak zaczęły odpisywać. Szczerość Michal uświadomiła im, że wszystkie zmagają się z podobnymi myślami.

Lipiec 2006

Michal, kochanie!

Jesteś tak wrażliwa i naiwna - od kiedy pamiętam ludzie giną w całym Izraelu tylko dlatego, że są Izraelczykami. Jak wielu ludzi zginęło w straszliwych tragediach w ciągu ostatnich dwudziestu lat? W atakach terrorystycznych, wojnach... Wiele!

Tak mi źle, kiedy słyszę o kolejnej śmierci. Moje serce jest wtedy tak ciężkie. Dziś nie mogłam pracować. Czułam, że serce chce samo wyskoczyć na zewnątrz i całe się wypłakać! Nie chcę dotykać komputera w tym samym czasie, kiedy jakaś matka opłakuje swojego syna. Ale wszystko musi iść naprzód, więc oto jestem - pracuję...

Czuję to samo co Ty. Chcę stąd uciec, wyjechać, dać Betty najlepsze życie. Ale jak mogłabym odebrać jej Izrael - jedynie miejsce, w którym może czuć się jak w domu?

Wszystkiego dobrego i szalom,

Zehawit

***

Droga Michal,

Doskonale wiem, co czujesz. Sytuacja jest naprawdę smutna i ciężka, ale musimy być silne i dalej starać się oczyścić świat z tej okropnej rzeczy zwanej terrorem. Brat mojego męża zginął w wojnie Jom Kippur. Miał zaledwie osiemnaście lat. Ta śmierć na zawsze naznaczyła jego rodzinę.

Każdy żołnierz, który umiera, jest kolejnym wyrwanym skrawkiem naszych ciał. Ale kto to będzie walczył, jak nie my? Proszę, bądź spokojna i staraj się trzymać... Jeśli my się załamiemy, nasi żołnierze nie będą mieli dla kogo walczyć.

Ja zabieram dzieci na basen, plażę, do kina. Tak jakbyśmy nie byli w środku wojny. Dzieciaki przecież nie mogą na tym ucierpieć!

Dobrze, że podzieliłaś się z nami swoimi uczuciami.

Buziaki,

Suzana

***

Kochane,

Myślę, że każdy kraj ma własne problemy, przechodzi przez jakieś trudności. Dlatego nie chciałabym być teraz gdzie indziej. Zobaczcie, co się dzieje w Londynie. Szwajcaria np. jest pełna muzułmanów. Kiedy byłam w Genewie, widziałam więcej Arabów niż kiedykolwiek w Hajfie. Nie mam nic przeciwko nim, ani ich religii, ale naprawdę nie zazdroszczę Europie problemów demograficznych, z którymi będzie się musiała zmierzyć...

Nikt nie wie, gdzie jest bezpieczniej. Prawdopodobnie to nie jest w naszych rękach i możemy mieć jedynie nadzieję, że nasze rodziny i przyjaciele będą bezpieczni. I wierzyć, że ten koszmar zwany wojną w końcu się skończy.

Yuli

***

Macie oczywiście rację. Wiem, że nie mamy innego miejsca, że nie możemy tego zmienić. Wiem, że to właśnie jest "Święte" życie na tej Ziemi Świętej i że nie mamy wyboru. Że to część naszej tożsamości. To sprawia, że jesteśmy właśnie tacy, jacy jesteśmy.

Ale kiedy ginie następny żołnierz, nie mogę tego znieść. Nigdy nie mogłabym opuścić tego kraju. Po prostu chciałabym urodzić się w Szwajcarii lub gdziekolwiek indziej i nigdy nie usłyszeć o Bliskim Wschodzie.

Mój brat i chłopak Itsik na szczęście nie są w artylerii. Strzelają z granicy i nie wchodzą do Libanu. Nie martwię się więc aż tak bardzo, ale Itsik miał wczoraj wyłączony telefon, jego najlepszy przyjaciel też. Nie wiem, co się z nimi dzieje...

Kocham Was, dziewczyny!

Michal

***

Witajcie,

Nie chciałam wrócić do pracy. To tak jakbyśmy grały w kierki, podczas gdy nasi bracia i mężowie są na wojnie. Ale po dwóch dniach robienia ciągłych zakupów (to jedyna rzecz, która podnosi mnie teraz na duchu), postanowiłam jednak coś zrobić. Jeśli siedzisz w domu, wariujesz jeszcze szybciej.

W poniedziałek miałam ciężki dzień. Siedziałam w domu i cały czas płakałam, bo zupełnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W końcu zdecydowałam pojechać do Jerozolimy, ale byłam tak osłabiona płaczem, że nie miałam siły prowadzić...

Czytanie tego, co czujecie, jest dla mnie dobrą grupą wsparcia. Dzięki temu wiem, że nie tylko ja ostatnio świruję.

Racheli

***

Racheli,

Jak dobrze Cię słyszeć! Przechodzę dokładnie to samo co Ty. Próbuję pracować, ale nic mi z tego nie wychodzi. Dostaję już na głowę... Płaczę cały dzień bez konkretnego powodu. Robię kawę i płaczę. Odhaczam pomyślnie wysłane faxy i płaczę...

Michal

***

Drogie przyjaciółki,

Ja też cierpię. Nie jestem Żydówką, ale żyję tak jak Wy. Nie jestem Izraelką, ale noszę gwiazdę Dawida. Czuję to samo co Wy, kocham ten kraj i jego mieszkańców. Może nawet bardziej, bo nigdy przez coś takiego nie przechodziłam.

Czuję w głębi serca, że śmierć każdego pojedynczego człowieka jest ich misją obrony Izraela... Dla lepszego jutra, dla nas wszystkich.

Dziękuję Wam za przyjaźń, za pomoc. Za to, że uczycie mnie siebie, Waszej kultury. Tak dobrze jest odkryć, że jesteśmy na tyle silne, by sobie pomagać, trzymać się razem. Nie wiem, kiedy to się skończy... Ale musimy robić wszystko, by znaleźć energię i przyjazne ramię, na którym można się oprzeć, mieć silne nogi, by uciekać.

Oto jestem - smutna, ale z marzeniami i nadzieją, że damy radę, budząc się codziennie i dziękując Bogu za kolejny poranek, bliższy końca tej wojny.

Buziaki,

Bibi

***

Witajcie,

Tak mi przykro, czekając na kolejne "boom".

Wczoraj było strasznie. Alarmy co dziesięć minut, wiele rakiet. Nie wiem nawet gdzie.

Utknęłam u mojej bratowej i bałam się wyjść, i pojechać do domu. Gdy w końcu dotarliśmy do domu, były kolejne trzy alarmy pod rząd. Betty cała się trzęsie, gdy słyszy syreny. Czeka, by ktoś ją przytulił. To takie smutne. Mam nadzieję , że nie będzie tego pamiętać.

Od pięćdziesięciu lat mamy niekończącą się wojnę na wszystkich frontach. A co z setkami zabitych od 1993 roku? Każdego dnia włączamy radio i słyszmy o trzech zabitych w Libanie, a może i nawet więcej. A co z zabitymi w Gazie w ostatnich latach? To wojna w każdym aspekcie...

Poczekam kilka godzin, może rakiety nie spadną... Oj spadną!

Zehawit

***

Kochane,

Wczoraj było ciężko. Spadło dużo rakiet, niektóre blisko naszego kibucu. Awiw aż podskoczył! O mało nie wybuchłam śmiechem. Niestety to wcale nie jest śmieszne.

Wczesnym wieczorem wyszłam z małym Liorem pobawić się blisko schronu, bo czuliśmy, że to jeszcze nie koniec. Bardzo baliśmy się o Itai'a. Wszędzie czuło się napięcie. Bałam się odebrać telefon, kiedy zadzwonił.

Rano usłyszeliśmy o śmierci brata Lilach. Potem o zabitym synie Davida Grossmana. To zbyt wiele. Niech ta wojna się już skończy!!!

Myślę o przeprowadzeniu się do Holandii. Może w przyszłości, sama nie wiem. Już naprawdę nie wiem... Czy chcę wychować syna na żołnierza? Mam wybór. Mamy jeszcze czas, ale może za kilka lat jak sytuacja się tu pogorszy...

Ciągle boli mnie głowa.

Tamar

***

Ból głowy już minął. Wojna się skończyła, przynajmniej teoretycznie. Jednak wspólne listy tak silnie połączyły grupę tych kobiet, że pomimo braku świszczących nad domami rakiet nadal się spotykają. Tym razem już nie w wirtualnej rzeczywistości, a w przytulnej knajpce po męczącym dniu w pracy. Plotkują, narzekają na mężów i wymieniają się przepisami kulinarnymi. Życie wróciło do "izraelskiej normy", czyli cieszenia się codziennością i podświadomego szykowania się na zagrożenie, które może przyjść nawet i jutro.

- Wiem jedno - mówi Racheli - Kobiety są silne i będziemy silne, kiedy te wszystkie straszne rzeczy się skończą.

Patrząc na ich uśmiechnięte twarze można w to uwierzyć. Kilka z nich jest w ciąży. W głębi duszy liczą, że urodzą dziewczynki. Że za osiemnaście lat nie oddadzą synów do wiecznie gotowej na wojnę rezerwy. Czują, że prawdopodobnie kiedyś znów będą musiały zmobilizować ukryte pokłady odwagi. Wtedy na nowo zaczną pisać do siebie listy. Tak jak tego lata w Galilei.

 

Agata Pełeszuk 
22 lutego 2007