Sprawy "Midrasza" ciąg dalszy. "To jest sytuacja patologiczna".

Sprawy "Midrasza" ciąg dalszy. "To jest sytuacja patologiczna". Paweł Jędrzejewski

 

Mój  tekst z pretensjami do "Midrasza" i jego redaktora naczelnego Piotra Pazińskiego o wieloletnie pomijanie na łamach pisma działalności wydawniczej Stowarzyszenia Pardes, które dokonało rzeczy absolutnie niezwykłych dla społeczności żydowskiej w Polsce, wywołał reakcję Piotra Pazińskiego na Facebooku.

Piotr Paziński, na ogólnie dostępnej, publicznej stronie grupy Forum Żydów Polskich, w kolejnych wpisach zmieniał swoje wyjaśnienia w tej sprawie.

1. Najpierw "usprawiedliwienie", że przez lata Midrasz nie recenzował książek Pardesu, jest według Piotra Pazińskiego takie (cytat): "Żydowskie pismo Midrasz pisze o czym chce i reaguje na te zjawiska, na które ma ochotę reagować."

(Czyli nie ma żadnych zobowiązań wobec społeczności, czytelników?)

2. Kilka wpisów dalej jest to całkiem inny powód: osobisty, wynikający ze stosunku Piotra Pazińskiego do rabina Sachy Pecarica, prezesa Pardesu (cytat): "Wychodzi więc na to, że najpierw byliśmy kolegami i współpracownikami, i dlatego nie pisałem o jego książkach, a potem byliśmy zwaśnieni i dlatego nie pisałem."

 (Czyli to osobiste sympatie i animozje decydują o kształcie pisma? Czy tylko redaktor naczelny mógł pisać? Nie istnieją inni autorzy?)

3. A na koniec jest już całkiem inna historia w kolejnym wyjaśnieniu:

"Gdy idzie o Torę, miałem związane ręce tym, że sam byłem recenzentem wewnętrznym."
(A to nie ma już na świecie innych recenzentów?)

"Pracy ‚Czy Torę można czytać po polsku’ nie zrecenzowałem przede wszystkim ze względu na nieznośnie hagiograficzny ton (...)"
(A co z pozostałymi około 30 książkami - nie "byle książkami", ale publikacjami odbudowującymi ze zgliszcz religijną i kulturową tożsamość żydowską w Polsce?)

"Pozostałe teksty - takie jak edycje księgi Koheleta czy Jonasza - faktycznie nie były recenzowane"
(Powtórzę: "a co z pozostałymi książkami Pardesu, które TEŻ nie były recenzowane?)

Co stało się z poprzednim powodem: "Byliśmy zwaśnieni i dlatego nie pisałem"? Przepadł, bo był niewygodny?

Manipulacja jest widoczna. Usprawiedliwienia i wyjaśnienia ulegają - jak widać - zmianom.

Ale fakty pozostają niezmienne.

Oto one:  

Najważniejsze w Polsce pismo żydowskie (a za takie uważam "Midrasz") świadomie, całymi latami, pomijało na swoich łamach książki publikowane przez najważniejsze w Polsce wydawnictwo żydowskie (Pardes).

Kluczowa informacja dla czytelników nie znających dorobku Pardesu: to tytuły wyjątkowe, mające szansę przybliżenia judaizmu i wiedzy o nim społeczności żydowskiej (i nie tylko), z precyzją i w zakresie niewidzianym w Polsce od czasów przed Zagładą.


 To tylko część dorobku wydawniczego Stowarzyszenia Pardes

 

 

Popularyzacja tego dorobku to obowiązek żydowskich pism-instytucji jak "Midrasz", a nie kwestia widzimisię redaktora naczelnego.

"Midrasz" to nie prywatny ogródek, tylko zobowiązanie wobec środowiska, w którym i dla którego działa.

Usprawiedliwienie pomijania publikacji Pardesu na łamach "Midrasza" sprawami personalnymi ("Wychodzi więc na to, że najpierw byliśmy kolegami i współpracownikami, i dlatego nie pisałem o jego książkach, a potem byliśmy zwaśnieni i dlatego nie pisałem.") pokazuje, jaką rolę w części małego, żydowskiego środowiska w Polsce odgrywają względy osobiste, animozje, zawiści i "układy".

Jako człowiek z zewnątrz, wypowiadający się jako całkiem niezależny publicysta, zwracam uwagę na tę sytuację, ponieważ uważam, że powinna ona, a nawet MUSI ulec zmianie. Jest to sytuacja patologiczna. Jednak nie ulegnie żadnej zmianie, jeśli najpierw jej sobie nie uświadomimy - jako czytelnicy książek Pardesu i jako czytelnicy "Midrasza".

 ........

P.S. Jak mocno ten model patologicznego funkcjonowania środowiska utrwalił się w świadomości jego niektórych uczestników, udowadnia fakt, że po zamieszczeniu przeze mnie krytycznego artykułu na temat "Midrasza", automatycznie zaczęto mi na FB przypisywać motywację osobistą ("zemsta Jędrzejewskiego na Pazińskim"). Jest to, oczywiście, całkowitą bzdurą, ale - jako instynktowny odruch - jest wyraźnym symptomem choroby. Bo jest chorobą podejrzewanie w każdej krytyce ukrytych, osobistych motywacji, zamiast zastanowienie się, na ile jest ona słuszna.

Może to dla niektórych wciąż nowość, ale krytyka pism i publicznej, zawodowej działalności ich twórców-redaktorów, to zjawisko całkiem normalne i pożądane w społeczeństwie obywatelskim. Nasza rzeczywistość to już od dawna nie PRL, gdzie media były nietykalne.

Najwyższa pora to zaakceptować.

30 grudnia 2017

Polecane