Licealistka z Gorzowa i lektury obowiązkowe

Licealistka z Gorzowa i lektury obowiązkowe Proponuję chwilę na zastanowienie się...

...

 

Najnowsza sensacja mediów - licealistka z Gorzowa, która nazwała premiera Tuska "zdrajcą" - zamieściła na swoim blogu kilka zdań na temat swojego stosunku do Żydów. Wśród nich znalazło się stwierdzenie, że Żydzi: "sami siebie ładowali do pieców w obozach koncentracyjnych".

To zdanie wywołało szczególne silne i uzasadnione oburzenie.

Niektórzy publicyści zarzucają jej nawet rozpowszechnianie "kłamstwa oświęcimskiego" (np. P. Wiszniewski: Kłamstwo oświęcimskie w Polsce) .

Proponuję chwilę na spokojne zastanowienie się, skąd u tej uczennicy tak szokujący pogląd.

Być może, jest to po prostu rezultat znajomości lektur szkolnych. I to tych najważniejszych. A  zarazem dowód, że w wieku siedemnastu lat nie tak łatwo sobie z ich zrozumieniem poradzić.

 

 

W opowiadaniu Tadeusza Borowskiego U nas w Auschwitzu... - (opowiadania obozowe Borowskiego - słusznie uważane za najwyższe osiągnięcie literatury w tej tematyce - należą do lektury obowiązkowej) - znajdujemy przecież następujące fragmenty (w których centralnym zagadnieniem jest zacieranie się granicy między katem i ofiarą):

 

To było w czwartek w nocy. A w poniedziałek poszedłem na komando, siedem kilometrów od obozu. Na Budy, nosić telegraficzne słupy. Noga bolała jak sto choler. Ale odpoczynek jest, i to dobry! — A z tego nic — rzekł Witek — bo Żydzi jeżdżą jeszcze gorzej. I nie masz czym się chwalić.

Zdania były podzielone i co do jazdy, i co do Żydów.

— Żydzi, wiecie, jacy są Żydzi! — dorwał się Staszek do głosu. — Zobaczysz, oni jeszcze geszeft zrobią na tym swoim obozie! Oni i w krematorium, i w getcie, a rodzoną matkę sprzeda za miskę brukwi! Stoimy kiedyś z rana na arbeitskomando, koło nas sonder, chłopy jak byki, zadowolone z życia, bo jakże? Przy mnie mój przyjaciel, Mojsze, ten od gryzioków. On z Mławy i ja z Mławy, wiecie, jak to jest, przyjaciele i handlarze, pewność i zaufanie. „Co u ciebie, Mojsze? Coś taki nieswój?” „Dostałem fotografię swojej rodziny”. „To czego się martwisz, to dobrze”. „Żeby ty się wściekł z takim dobrze, ja ojca do komina posłałem!” „Nie może być!” „Może, bo posłałem. Przyjechał z transportem, zobaczył mnie przed komorą, zaganiałem ludzi, rzucił mi się na szyję, zaczął mnie całować i pytać, co to będzie i że on jest głodny, bo dwa dni jadą bez jedzenia. A tu komandofuhrer krzyczy, żeby nie stać, że trzeba pracować! Co miałem robić? «Idź, ojciec — mówię — wykąp się w łaźni, a potem pogadamy, widzisz, że teraz nie mam czasu.» I ojciec poszedł do komory. A zdjęcia wyciągnąłem potem z ubrania. I powiedz, gdzie tu jest dobrze, że mam fotografie?”

Roześmieliśmy się. Swoją drogą, dobrze, że Aryjczyków teraz nie gazują. Wszystko, byle nie to.

(...)

Wychodziliśmy już z bloków po skończonej kontroli, gdy na lager wróciło z kremo sonderkomando. Szli odymieni, nalani tłuszczem, uginając się pod ciężkimi tobołami. Im wolno wszystko przynosić prócz złota, lecz tego szmuglują najwięcej.

Spod bloków wyrwały się grupki ludzi, wpadały w maszerujące szeregi i porywały upatrzone pakunki. Krzyki, przekleństwa i razy kotłowały się w powietrzu. Wreszcie sonder znikło w bramie swego, odgrodzonego od reszty obozu murem, podwórza. Zaraz jednak chyłkiem poczęli się wymykać Żydzi na handel, na organizację i w odwiedziny.

Zahaczyłem jednego z nich, przyjaciela z naszego byłego komanda. Ja zachorowałem i poszedłem na KB. On miał więcej „szczęścia” i poszedł do sonder. Zawsze lepiej niż łopatą robić o misce zupy. Wyciągnął serdecznie rękę.

— A, to ty? Potrzebujesz czego? Jak masz jabłka...

— Nie, jabłek nie mam dla ciebie — odrzekłem przyjaźnie. — Nie umarłeś jeszcze, Abramek? Co słychać?

— Nic ciekawego. Czeski my zagazowali.

— To wiem i bez ciebie. A osobiście?

— Osobiście? Jakie u mnie może być „osobiście”? Komin, blok i znowu komin? Albo ja mam tu kogo? A, chcesz wiedzieć — osobiście: wykombinowali my nowy sposób palenia w kominie. A wiesz jaki?

Byłem bardzo uprzejmie ciekaw.

— A taki, że bierzemy cztery dzieciaki z włosami, przytykamy głowy do kupy i podpalamy włosy. Potem pali się samo i jest gemacht.

— Winszuję — rzekłem sucho, bez entuzjazmu.

Roześmiał się dziwnie i popatrzył mi w oczy:

— Te, fleger, u nas, w Auschwitzu, my musimy bawić się, jak umiemy. Jak by szło inaczej wytrzymać?

I wsadziwszy ręce w kieszeń odszedł bez pożegnania. Ale to jest nieprawda i groteska, jak cały obóz, jak cały świat.

 

A teraz pomyślmy na chłodno: czy ktoś, kto ma siedemnaście lat, nie może mieć kłopotu z ogarnięciem i właściwym zrozumieniem tych fragmentów, uwzględniającym historyczne oraz - przede wszystkim - całe niesamowite etyczne skomplikowanie opisywanych sytuacji? 

 

Paweł Jędrzejewski

1 czerwca 2014.

Polecane