"Kult Edelmana"?

"Kult Edelmana"? W majowym numerze "Midrasza" ukazał się tekst Piotra Pazińskiego o obchodach rocznicy powstania w getcie warszawskim, krytykujący - jak wyraził się sam Paziński w wywiadzie dla "Newsweeka" - kult Marka Edelmana. Forma i treść tego artykułu wywołała [...]

[...] u wielu osób żywą negatywną reakcję. Za elektronicznym newsletterem Wieść Gminna zamieszczamy dwie wypowiedzi na ten temat. Annie Dodziuk dziękujemy za udostępnienie materiałów.

List Joanny Szczęsnej

Atak Piotra Pazińskiego, naczelnego redaktora "Midrasza", na Marka Edelmana to klasyczny przykład dziennikarskiego chuligaństwa. Po pierwsze, ze względu na ostentacyjne chamstwo (bo czym innym niż przejawem chamstwa jest sformułowanie pod adresem jednego z ostatnich żyjących członków ŻOB-u zarzutu, że zbyt długo po złożeniu kwiatów stał pod pomnikiem Bohaterów Getta, zasłaniając Pazińskiemu widok?). Ale przede wszystkim ze względu na spiętrzenie złej woli, nierzetelności i nieznajomości faktów związanych z historią obchodów rocznicy wybuchu Powstania w Getcie Warszawskim.

Skoro Paziński nie dopełnił podstawowego dziennikarskiego obowiązku, który nakazuje, nim zacznie się formułować jakiekolwiek opinie, zbadać wszelkie fakty i okoliczności - chciałabym je przypomnieć.

Od sześćdziesięciu trzech lat 19 kwietnia, zawsze w południe, Marek Edelman przychodził w to miejsce, gdzie od 1948 roku stoi pomnik Bohaterów Getta, by oddać hołd swoim nieżyjącym przyjaciołom i żołnierzom z ŻOB-u, a potem, zatrzymując się przy bunkrze Anielewicza, szedł dalej na Umschlagplatz. W oficjalnych obchodach nie brał udziału, chociaż władze PRL nie raz o to zabiegały. Nie chciał ich w ten sposób legitymizować.

Bywały lata, gdy szedł tą drogą pamięci o męczeństwie żydowskiego narodu całkiem sam albo tylko z synem Aleksandrem. Zaczęło się to zmieniać dopiero w latach 70., kiedy powstała opozycja demokratyczna. Początkowo towarzyszyła mu grupa kilkunastu, z czasem kilkudziesięciu osób, głównie ze środowiska korowskiego (był wśród nich zawsze śp. Jacek Kuroń). Później, w czasach nielegalnej "Solidarności", zdarzało się, że 19 kwietnia na placu gromadził się tłum.

Tak było na przykład w 1983 roku (władze zatrzymały wtedy Edelmana w Łodzi w areszcie domowym i ten jeden jedyny raz nie było go w samo południe 19 kwietnia pod pomnikim). Tak było w 1988 roku, kiedy obchody 45 rocznicy powstania zamieniły się w wielotysięczną manifestację z transparentami. Zastanawiał się wtedy, ile z przybyłych tam osób chciało uczcić pamięć powstańców, a ile przyszło tylko, by zamanifestować swój sprzeciw wobec władzy. Uznał, że nie ma to większego znaczenia. Władze nigdy nie ośmieliły się rozpędzić zgromadzonych na placu pod pomnikiem (chociaż w 1983 roku aresztowały Janusza Onyszkiewicza, który wygłosił przemówienie za nieobecnego Edelmana). A swoje oficjalne obchody organizowały o innej porze. Paziński pisze, że "uroczystości pod pomnikiem Bohaterów Getta zawsze odbywały się w cieniu polityki". Gdyby - zamiast wylewać swoją agresję na Marka Edelmana - zechciał zająć się tym "cieniem", zapewne bez trudu odkryłby, kto brał udział w tych oficjalnych obchodach, komu nie wadziło, że stoi pod pomnikiem w towarzystwie przedstawicieli komunistycznej władzy, która wypowiedziała wojnę własnemu społeczeństwu.

Ci, którzy w tamtych czasach - że sparafrazuję pewnego polityka - stali tam, gdzie stał Marek Edelman, a nie tam, gdzie kompania honorowa PRL-owskiego wojska, o tych spotkaniach pod pomnikiem mówili: "niezależne obchody rocznicy Powstania w Getcie". "Niezależne", w odróżnieniu od "państwowych".

Marek Edelman również w wolnej Polsce kontynuował tę swoją prywatną tradycję. Obchodził rocznicę niezależnie, po swojemu, w gronie przyjaciół. Nawet w 50 rocznicę wybuchu Powstania, gdyby nie piękny gest Lecha Wałęsy, który - bez uzgodnienia z organizatorami oficjalnych obchodów - wypatrzył Edelmana wśród gości, podszedł do niego, wziął za rękę i poprowadził w światła reflektorów (tę scenę, jak idą obaj, a Edelman trzyma za rękę swego małego wnuczka Tomka, transmitowały wszystkie telewizje), prawdopodobnie Marek Edelman pozostałby "w cieniu polityki" (no i nie zasłoniłby pomnika Pazińskiemu).

Prawda, przy jednej rzeczy Edelman trwa uparcie - przy godzinie: to ma być 12 w południe. Ale myślę, że przez te sześćdziesiąt trzy lata wychodził sobie tę godzinę na własność. Nawet władze PRL-u nie próbowały się w tej sprawie z nim przepychać.

Tymczasem w wolnej Polsce bywałam świadkiem, jak Edelman czeka w upale, aż przejdzie grupa oficjeli w asyście wojska, i dopiero potem idzie w swoją drogę: złożyć kwiaty pod pomnik, pod tablicę ku czci Szmula Zygielbojma (był inicjatorem jej wmurowania), do bunkra Anielewicza i na Umslchagplatz - drogę, która z każdym rokiem staje się dla niego coraz dłuższa. Ba, zdarzyło mi się widzieć, jak - schodząc bokiem z kopca Anielewicza - Edelman został potrącony przez żołnierza z kompanii honorowej towarzyszącej Szymonowi Szurmiejowi, który wchodził na kopiec z "oficjalnym" wieńcem. Ot, nieuwaga, w końcu potrącono tylko "osobę prywatną".

Oba te incydenty uważam za grubą niestosowność, Paziński natomiast najwidoczniej jest zdania, że w wolnej Polsce miejsce Edelmana jest na końcu. Pisze o tym wprost: "Zwykle wszyscy asystują przy oficjalnym składaniu wieńców, potem jest czas na kwiaty od osób prywatnych (...). Teraz było inaczej: w samo południe pod pomnikiem stanął Marek Edelman w otoczeniu grupy młodzieży, znajomych i współpracowników. Po złożeniu kwiatów Edelman (który zawsze składa kwiaty na końcu otoczony wianuszkiem wielbicielek), nie odszedł: zasłoniwszy pomnik (...) stał nadal, pozując kilka minut zachwyconym fotoreporterom. Kiedy im się znudził, odszedł nie czekając na koniec obchodów, pociągając za sobą niemal jedną trzecią obecnych, w tym całą klasę młodzieży szkolnej".

I oto mamy kolejny zarzut: Edelman nie tylko zawłaszczył sobie południową godzinę, ale jeszcze obraził prezydenta Rzeczpospolitej, nie czekając na jego przybycie.

Nie mam pewności, jaki Paziński ma interes, żeby rzucać się w obronie prezydenta, ale wiem, że prezydentowi taki obrońca z pewnością nie jest potrzebny. Choćby dlatego, że Stowarzyszenie "Otwarta Rzeczpospolita", które już drugi rok organizuje "niezależne obchody" rocznicy powstania w getcie, uzgodniło wcześniej z Kancelarią Prezydenta przebieg uroczystości i terminarz tego, co i w jakiej kolejności będzie się działo na placu pod pomnikiem (nawiasem mówiąc, tę młodzież szkolną, która towarzyszyć miała Edelmanowi w drodze od pomnika na Umschlagplatz, też zorganizowało Stowarzyszenie).

Przesuwając godzinę przybycia prezydenta na 12.30, uszanowano prawo zwyczajowe i decyzję Edelmana, by trzymać się "obchodów niezależnych" i nie uczestniczyć w "oficjalnych".

Paziński znałby te łatwe do zdobycia fakty, gdyby był rzetelnym dziennikarzem. I gdyby chciał napisać artykuł, nie paszkwil.

Joanna Szczęsna

 

List Konstantego Geberta

Komentarz Piotra Pazińskiego do tegorocznych obchodów rocznicy powstania w getcie warszawskim, zamieszczony w majowym numerze "Midrasza", przeczytałem ze zdumieniem i rosnącym oburzeniem. Nie znałem go przed publikacją - redaktor naczelny nie jest, rzecz jasna, obowiązany przedstawiać wydawcy tekstów, zanim pośle je do druku. Jako prezes Stowarzyszenia "Midrasz" (którą to funkcję postanowiłem złożyć) winien jestem Markowi Edelmanowi i czytelnikom "Midrasza" przeprosiny za to, że tekst taki się w piśmie ukazał; czynię to w przesłanym redakcji liście, który ma być opublikowany w czerwcowym numerze pisma. Piotr Paziński nie wyraził zgody na jego wcześniejsze upublicznienie, ale jako że debata na ten temat - sprowokowana zapewne jego wypowiedzią zamieszczoną na łamach "Newsweeka" z 3 czerwca - już trwa, czuję się w obowiązku przedstawić moje stanowisko w tej sprawie.

Jest mi wstyd, że w piśmie, które założyłem i które wielu polskich Żydów uważa za swoje, mógł ukazać się tekst szydzący z ostatniego żyjącego dowódcy powstania (słowa te Piotr Paziński w swoim komentarzu wziął w cudzysłów, jakby chciał podważyć ich prawdziwość) i nieprawdziwie przedstawiający okoliczności jego udziału w tegorocznych obchodach.

Wbrew temu, co sugeruje Piotr Paziński, to, że Marek Edelman i towarzyszące mu osoby złożyły pod pomnikiem kwiaty, zanim przybył tam Prezydent RP i nie poczekały na jego przybycie, nie było "polityczną manifestacją": Edelman nigdy (z jedynym wyjątkiem obchodów 50. rocznicy powstania w 1993 roku) nie uczestniczy w oficjalnych obchodach pod pomnikiem. Tak było i tym razem, a Kancelaria Prezydenta była o tym informowana, i przyjęła to ze zrozumieniem.

Użyte przez Piotra Pazińskiego sformułowania o Edelmanie - "zasłoniwszy pomnik, pozując zachwyconym fotoreporterom" - czy stwierdzenie, że "setki powstańców i tysiące zamordowanych więźniów getta zupełnie się w tym podpomnikowym zamieszaniu zgubiły", a przecież "nie tylko o Edelmana tu chodzi", są tak niegodne, że nie zasługują nawet na odpowiedź. Pozostaje jedynie palący wstyd.

W swej późniejszej wypowiedzi dla "Newsweeka" Piotr Paziński napisał, że "skrytykował kult, jakim Marek Edelman otoczony jest w pewnych środowiskach". To nieporozumienie: p. Paziński w swym komentarzu nie krytykował rzekomego kultu, lecz szydził z Edelmana, posługując się nieprawdą. Jest natomiast oczywiście prawdą, że wiele osób, do których się zaliczam, odnosi się do Marka Edelmana z szacunkiem, należnym mu za jego walkę i w ŻOB, i w opozycji demokratycznej, i "Solidarności", i za moralną postawę. Przyjmuję ze smutkiem do wiadomości, że p. Paziński tego nie rozumie, ani nawet zdaje się nie rozumieć tego, co napisał. Jako ustępujący wydawca "Midrasza" mogę jedynie raz jeszcze za jego słowa przeprosić i Marka Edelmana, i czytelników pisma.

Konstanty Gebert

Polecane