Już za chwilę słowo "antysemityzm" straci jakiekolwiek znaczenie

Już za chwilę słowo "antysemityzm" straci jakiekolwiek znaczenie Paweł Jędrzejewski

 

Już kilka artykułów poświęciłem temu tematowi, ale problem jest jak studnia bez dna. Tym problemem jest NADUŻYWANIE oskarżeń o antysemityzm. Oskarżeń stosowanych jako maczuga do walenia po głowie politycznych przeciwników. Więc mimo, że już o tym pisałem, będę to powtarzał stale i wciąż będę wracał do tego tematu, bo w tej kwestii sprawy nie mają się lepiej, ale CORAZ GORZEJ.

Słowo "antysemityzm" tylko wtedy ma siłę, gdy jest stosowane w sytuacjach jednoznacznych. Natomiast, gdy zbyt łatwo i bez zastanowienia oskarża się o zachowania antysemickie, efekt jest odwrotny od zamierzonego. Przypomina się Ezopowa bajka o pastuszku i wilkach. Gdy okrzyki „antysemityzm!” słychać z jakichkolwiek wątpliwych powodów, rezultatem stanie się brak reakcji, gdy zagrożenie będzie naprawdę realne. Nadużywanie słowa "antysemityzm" dewaluuje bowiem nie tylko to słowo, ale powoduje także coś znacznie poważniejszego: trywializację samego zjawiska, które jest nazywane przez to słowo. Przestaje być ono traktowane serio. Nawet gorzej: słowo 'antysemityzm' staje się sygnałem, że zamiast konkretnych zarzutów pojawiają się oskarżenia wyssane z palca.

Przykład z ostatnich dni: Jan Hartman, profesor, filozof i etyk, nazywa Jarosława Kaczyńskiego antysemitą. Nie dając żadnych przekonujących argumentów. Jego oskarżenia są więc tyle samo warte, co oskarżenia dobiegające z przeciwnej strony, której reprezentanci - jacyś antyżydowscy obłąkańcy nienawidzący Kaczyńskiego nie mniej niż Hartman - od lat przekonują w internecie, że Jarosław Kaczyński jest Żydem (lub - precyzyjniej - krypto-Żydem). Tyle, że ci szaleńcy nie są zatrudnieniu przez Uniwersytet Jagielloński i nie prowadzą zajęć ze studentami  :)

Obydwie strony: i Hartman i antyżydowscy szaleńcy mają tylko jeden argument na poparcie swoich przekonań: dają słowo honoru, że jest tak, jak twierdzą.

Jana Hartmana motywuje, rzecz jasna, nienawiść do Kaczyńskiego z powodów politycznych. Ma on do tej nienawiści pełne i święte prawo. Może krytykować Kaczyńskiego za wszystko: program polityczny, polityczne działania, niski wzrost i słynny brak konta bankowego. Jednak to dla Hartmana za mało. Musi sięgnąć po bardziej straszliwą broń. Oskarżając go - bez żadnych konkretnych, przekonujących, solidnych argumentów - o antysemityzm, Hartman dociera ze swoim "zdemaskowaniem" Kaczyńskiego do grupy akolitów, ale - jednocześnie - wyświadcza niedźwiedzią przysługę słowom "antysemityzm", "antysemita". Odbiera im jakąkolwiek  wiarygodność.

Wysuwając swoje naciągane i wydumane oskarżenia, kompromituje nie tylko siebie, ale dokłada swoją cegiełkę do ośmieszenia wszystkich, którzy kiedykolwiek będą mówili o antysemityzmie mając do tego rzeczywiste podstawy.

O wielu lat powtarzam i ostrzegam: trzeba być ostrożnym w oskarżeniach o antysemityzm. To jest słowo, które tylko wtedy ma moc działania, gdy jest stosowane z opanowaniem, z powściągliwością, a nie jak maczuga przez troglodytę. Nawet jeśli jest on filozofem i profesorem.

Po pierwsze więc, gdy oskarżenia o antysemityzm wygłasza się zbyt pochopnie, a słowo „antysemityzm” jest używane zbyt łatwo i lekko przez oskarżających, zaczyna być traktowane zbyt lekko także przez oskarżanych. Oznacza to myślenie „jeżeli tak łatwo zostać oskarżonym o zachowania antysemickie, to znaczy że tak trudno się przed nimi ustrzec. Po co więc w ogóle próbować?!”. I taka reakcja nie może zmniejszyć, a jedynie może zwiększyć liczbę potencjalnych antysemitów.

Po drugie, gdy każdą krytykę Żydów lub Izraela określa się mianem „antysemityzmu”, powstaje uzasadnione wrażenie, że antysemityzmowi przeciwstawiają się ludzie przeczuleni, przesadni i zbyt szybcy w sądach. I że tacy są Żydzi. Przewrażliwieni na swoim punkcie. Narcystyczni i histeryczni. I znów, takie wrażenie może tylko intensyfikować nieufność do tego słowa i nie może zmniejszać, a jedynie może zwiększać liczbę potencjalnych antysemitów.

Nie chodzi wcale o to, aby nie używać w ogóle słowa „antysemityzm”! Chodzi o to, aby pamiętać, że nonszalanckie i zbyt pochopne wysuwanie zarzutów o antysemityzm dewaluuje to pojęcie, odbiera mu jego ciężar gatunkowy, obniża jego rangę. Bo jeżeli „wszyscy są antysemitami”, to znaczy, że w zasadzie nikt nie jest.

Jan Hartman uważa dokładnie odwrotnie. W swoim oskarżeniu Kaczyńskiego, czując, że nie ma argumentów, musi sztucznie poszerzyć definicję antysemityzmu, żeby mu się w niej Jarosław Kaczyński zmieścił. To jest właśnie kluczowy zabieg w jego artykule. Stwierdza więc: "Rozróżnianie pomiędzy antysemityzmem a tolerowaniem antysemityzmu czy flirtowaniem z nim nie ma żadnego sensu.". Teraz wszystko jasne! Oto nowy pogląd! Ktokolwiek widzi antysemityzm i nie zareaguje (czyli go tym samym "toleruje") jest automatycznie - według definicji Hartmana - antysemitą! Ktokolwiek zobaczy antysemicki napis na ścianie i nie pobiegnie natychmiast po farbę i pędzel, aby go własnoręcznie zamalować, sam jest antysemitą i już! - żadnych dyskusji.

Przy takim podejściu, słowo "antysemityzm" nie będzie miało już za chwilę najmniejszego znaczenia.

Obecnie jest ostatni moment, aby jeszcze zadbać o to słowo. „Dbać” oznacza – „stosować mądrze”. Inaczej słowo, za którym - pamiętajmy! - stoją miliony ofiar Zagłady, miliony zamordowanych ludzi, przypominać będzie coraz bardziej obiegową, wytartą monetę o niskim nominale, która nie ma już w zasadzie żadnej wartości.

I u nikogo nie będzie można za nią uzyskać najmniejszego nawet zrozumienia.

Już za chwilę.

 

15 lutego 2018

Polecane