"Oddech wieczności"

"Oddech wieczności" Ze Stanisławem Michałem Rybarczykiem, założycielem i dyrygentem Chóru Synagogi Pod Białym Bocianem we Wrocławiu, rozmawia Mike Urbaniak(13 stycznia 2006)

Co takiego wydarzyło się w kwietniu 1996 roku, że postanowił pan założyć chór synagogalny?

Wydarzyły się dwie rzeczy. Nie wiem, która jest ważniejsza. Pierwsza, to moje spotkanie z Jerzym Kichlerem, ówczesnym wiceprzewodniczącym wrocławskiej gminy żydowskiej. Myślę, że to spotkanie odbyło się z natchnienia Wiekuistego, więc musiało skończyć się powstaniem Chóru Synagogi Pod Białym Bocianem. W Gminie nikomu się wtedy nie śniło, że w synagodze może być chór. Ja z kolei, chciałem założyć po prostu chór mistrzowski. Okazało się, że jest miejsce na coś takiego, jak chór synagogalny. Druga rzecz to, jak mówi mój przyjaciel Andor Izsak, dyrektor Europejskiego Centrum Muzyki Żydowskiej w Hanowerze, poczucie, że "jest to muzyka zamordowanych synagog". Ja postanowiłem spróbować pokazać, że one się nie dały zamordować. Może synagogi, jako budynki tak, ale muzyka odradza się bardzo szybko, jak Feniks z popiołów.

Ale dlaczego akurat muzyka żydowska, a nie na przykład kurpiowska?

Moje całe życie usłane jest poszukiwaniami. Wcześniej zajmowałem się muzyką chrześcijańską. Bardzo bliska jest mi muzyka baroku, szczególnie Bacha. To jest człowiek, który także kawał życia poświęcił organom. Potem zajmowałem się muzyką ewangelicką, cerkiewną, a także muzyką Kościoła katolickiego. To wszystko było bliskie bardziej sferze duchowej, niż muzyce żydowskiej jako takiej. Kiedy zacząłem się do niej przymierzać, to ta muzyka mnie kompletnie zafascynowała. Wiele lat dyrygowałem chórami operowymi i może poza "Toscą", to chyba niewiele chciałbym już robić w tej materii. Muzyka żydowska ma oddech wieczności. Są tam gdzieś także poplątane moje rodzinne ścieżki, również żydowskie. Ale to jest obszar zupełnie zapomniany. Muzyka żydowska ma w sobie taki ładunek emocji, który jest mi bardzo bliski. Kiedy parę lat temu spotkałem po raz pierwszy Josepha Malovanego, który jest egzemplifikacją tej niesłychanej żydowskiej ekspresji, to jeśli facet może pokochać faceta, to myśmy się pokochali. Koncerty z nim są niesłychane. On za każdym razem śpiewa tak, jakby śpiewał ostatni koncert w życiu. My też tak robimy.

A samo miejsce, Wrocław, było ważne?

Oczywiście. Powstanie we Wrocławiu Dzielnicy Wzajemnego Szacunku i kreowanie pewnych obszarów, o których nikt wcześniej nie myślał, to też była wielka inspiracja. Ja w tej chwili przewodniczę radzie dzielnicy. Współpraca tych ludzi była kiedyś w ogóle nie możliwa. Teraz okazuje się, że jednak jest inaczej. Nie tylko w wymiarze oficjalnym, że przyjdzie rabin i biskup i wypiją kieliszek wina, ale codziennej współpracy. To wszystko razem spowodowało, że zachęciłem do tego pomysłu młodych ludzi z Akademii Muzycznej we Wrocławiu, nie pytając się ich, co czują, dlaczego czują... Myślę, że pomysł i moja osoba ich przyciągnęły.

Jak wyglądały początki?

Byłem wtedy wykładowcą na Akademii Muzycznej. Wykładałem na Wydziale Wokalnym, więc miałem śpiewaków. Byłem dla nich swego rodzaju gwarantem, że to będzie coś ciekawego. Synagoga Pod Białym Bocianem była wówczas kompletną ruiną. Kultura żydowska nie istniała we Wrocławiu w żadnym stopniu. Gmina była gdzieś schowana.

Mamy więc ludzi, jest miejsce zaczepienia. A co z materiałami?

To było pytanie. Próbowaliśmy szukać materiałów. Co śpiewać? Skąd to wziąć? Tego przecież nigdzie nie było. Dużą rolę odegrała moja ówczesna asystentka Małgorzata Barczyk, która rozpoczęła żmudne poszukiwania. Odkryliśmy wtedy, że bardzo ważnym kantorem we Wrocławiu był Moritz Deutsch, który przywędrował z Wiednia, gdzie był drugim kantorem. Pierwszym był Salomon Sultzer, bardzo sławny człowiek. Deutsch przybył do naszego miasta, gdzie kierował chórem synagogalnym, wykładał w Seminarium Rabinackim i komponował. I właśnie jego przedwojenne kompozycje znaleźliśmy w Bibliotece "Na Piasku". Było to karkołomne zadanie, bo w owej bibliotece ogromna część zbiorów, szczególnie dotycząca muzyki dawnej, jest w ogóle nie skatalogowana. Nikt nie wie, co tam jest. Udało nam się tam jednak znaleźć pełen zestaw jego śpiewów na cały rok liturgiczny.

Co w nich było?

Były tam, między innymi, napisane organy. Biorąc pod uwagę moją wiedzę o śpiewach synagogalnych w Polsce, to było wykluczone. Organy? Dopiero moje późniejsze studia w tym obszarze pokazały mi, że wszędzie to różnie wyglądało. Wrocław był przecież bardzo otwartym i postępowym miastem. Żydzi wrocławscy wnieśli tu także różne pierwiastki liberalne, wśród nich organy właśnie. My nie mieliśmy wówczas organów, więc w partiach, w których kantor śpiewał solo, ja kazałem śpiewać chórowi murmurando, żeby nie używać instrumentów. Wszyscy wówczas zaczęli jeszcze intensywniej poszukiwać nut. Znajdowaliśmy śpiewniki jednogłosowe, które trzeba było opracować, albo spisywaliśmy muzykę żywcem z taśm. To był początek.

Jest muzyka, są słowa. Ale wszystko przecież było po hebrajsku.

Myśmy się wszyscy uczyli. Najpierw hebrajskiego, potem trochę żydowskiego. Poza tym trzeba było poznać tradycje kantorskie, sposób śpiewu. Było w gminie trzech starszych panów, którzy prowadzili modlitwy. Często przychodziłem na modlitwy szabatowe, by posłuchać ich śpiewu.

To byli pierwsi konsultanci?

Po trosze tak. To nie byli muzycy, ani kantorzy w pełnym tego słowa znaczeniu. Oni śpiewali to, to pamiętali jeszcze z domu. Potem pani Marta Ostern, błogosławionej pamięci, znalazła jakieś taśmy u siebie w domu. I tak, z biegiem czasu, po całej Polsce i połowie świata rozeszła się wieść, że chcą we Wrocławiu zrobić chór synagogalny. To był zaczyn, a pierwszy repertuar zrobiliśmy w miesiąc. Tempo iście szalone.

Co zaśpiewaliście podczas pierwszego koncertu?

Bardzo różne rzeczy. Kilka utworów Moritza Deutscha, który stał się naszym patronem. Do tego opracowania najbardziej znanych melodii, jak choćby "Chawa nagila" oraz pieśni liturgiczne. To była częściowo muzyka synagogalna, częściowo tradycyjna. Szukaliśmy wtedy naszej własnej drogi. Potem zaczęliśmy śpiewać podczas większych świąt w synagodze i nasz repertuar był sukcesywnie rozbudowywany.

I co dalej?

Wielki impuls, jakim było moje spotkanie z Andorem Izsakiem. To jest węgierski Żyd, potomek muzyków z Wielkiej Synagogi w Budapeszcie, w której grywał także Franciszek List. Andor jest kopalnią wiedzy o muzyce synagogalnej, ze szczególnym uwzględnieniem XIX i początku XX wielu. Jest po prostu wyrafinowanym muzycznie dżentelmenem. Drugim niezwykle dla nas ważnym punktem zwrotnym było spotkanie z naczelnym kantorem Wiednia, Shmuelem Barzilaiem. Poznanie i współpraca z tym dwojgiem ludzi dało mi, nam najwięcej. Oczywiście spotykałem się także w Poldkiem Kozłowskim, Symchą Kellerem, który także przepięknie śpiewa.

I nie było żadnych problemów z hebrajskim?

Myśmy bardzo szybko opanowali sprawy tekstowe. Nieraz nam mówiono: "Nigdy nie słyszeliśmy, żeby ktoś tak ładnie śpiewał po hebrajsku".

Może to wynika z tego, że osoby, które nie są Żydami, a parają się muzyką żydowską, tak bardzo się przykładają do robienia profesjonalnie tego, czym się zajmują, że mówią po hebrajsku czy w jidisz lepiej niż Żydzi?

Może. Ja przykładam najwyższą wagę do spraw językowych. Tu nie może być mowy o żadnej amatorszczyźnie. Dykcja jest strasznie ważna. My robiliśmy oczywiście konsultacje językowe, żebyśmy się nie musieli potem wstydzić.

Pierwszy duży koncert?

W Starej Synagodze w Krakowie. Reakcja na tę przecież niełatwą muzykę, była osłupiająca. Pamiętam, jak dziś, synagogę wypełnioną po brzegi i ludzi siedzących na krawężnikach ulicy Szerokiej. To był taki impuls, który pchnął nas do przodu, dzięki któremu uwierzyliśmy, że to może być coś świetnego. Niezwykle ważny był kontakt ze wspomnianym już Andorem, który nas wyposażył w taki materiał nutowy, jakiego w Polsce nie ma nikt. Potem śpiewanie w Josephem Malovanym, Moshe Schulhoffem. To były nasze pierwsze koncerty z wielkimi kantorami. W taki sposób, w ciągu dwóch, trzech lat, nastawiliśmy się na śpiewanie muzyki kantoralnej z naciskiem na XIX i XX wiek.

Gdzie najczęściej śpiewacie?

Podczas ważniejszych uroczystości, liturgii w Synagodze Pod Białym Bocianem. Na różnych festiwalach w Polsce, jak choćby Wratislavia Cantans, i za granicą. Śpiewamy też w kościołach i nigdy nie zdarzyło się, żeby jakiś proboszcz odmówił koncertu w jego kościele. Czasami kantorzy odmawiają. Pamiętam jak nagrywaliśmy płytę ze Shmulem Barzilaiem. Było to w jednej z sal na Ostrowiu Tumskim. Raptem, podczas nagrania, włączył się głos jakieś cykliniarki, bo nieopodal był remont ulicy. Nie było jak kontynuować nagrania. Jedynym miejscem, do którego mogliśmy się szybko przenieść, była kaplica w seminarium duchownym. To był akurat czas Wielkiego Postu, więc figura Chrystusa była zasłonięta. Barzilai to zobaczył i mówi: "Myślicie, że jak oni go zakryli, to już wystarczy?! Nie będę śpiewał!". Sytuacja była naprawdę przezabawna. My sami jesteśmy chórem mieszanym, więc też nas do wielu synagog nie wpuszczą.

No właśnie. Wyobrażam sobie, że pierwszym pytaniem, które padło, kiedy w "kraju bez Żydów" powstał chór synagogalny, było: "A ilu wy tam Żydów macie?"

Pewnie ze dwóch. Są oczywiście takie pytania. Ale one były bardziej, powiedziałbym, kameralnie. Myśmy natrafili we Wrocławiu na naprawdę świetny moment. Pamiętam, jak nas słuchał ówczesny rabin Polski, Joskowicz, i był zachwycony. Z jednej strony pokazywaliśmy coś, co dla wielu umarło. Z drugiej strony, byliśmy jakąś sensacją. Pamiętam jubileusz 900-lecia jakiejś wiejskiej parafii pod Poznaniem. Tam urządzono takie ekumeniczne spotkanie, podczas którego śpiewały trzy chóry różnych wyznań, w tym my, i wszyscy byli zachwyceni. Okazało się, że w tej prowincjonalnej Polsce, w dobrym znaczeniu tego słowa, ludzie byli oczarowani. Czuliśmy, że wypełniamy jakąś pustkę. Nasza obecność w Polsce pokazywała, że jest coś, o czym nie można zapomnieć. Myśmy trafiali to środowisk, do których judaizm w innej formie by nie dotarł.

Jakie było przyjęcie w światku żydowskim?

Ja nie pamiętam, żeby ktoś powiedział o nas jakieś złe słowo. Myśmy stali się wizytówką gminy wrocławskiej. Przyjmowano i oklaskiwano nas zarówno w Synagodze Nożyków, jak i w Synagodze Starej. Trzeba pamiętać, że my zajmujemy się też obszarem muzyki, który jest dość daleki od tradycji polskich Żydów. Jak śpiewaliśmy niektóre pieśni, to wrocławscy Żydzi, wywodzący się w większości z Kresów, tego nie znali. Na miejsce postępowych, zasymilowanych Żydów niemieckich, którzy przed wojną tworzyli Wrocław, przyszli kresowi, bardzo chasydzcy, zachowawczy Żydzi. A to są zupełnie inne światy. Mieliśmy więc takie ich zderzenie. Jak ja powiedzmy zaśpiewałem jakąś tam pieśń na Szabat, to ktoś do mnie podchodził i mówił: "A ja to znam w zupełnie innej wersji".

Gracie twórców niemieckiego stylu muzyki synagogalnej. Co to za styl?

To jest takie bardzo mocne wpłynięcie na siebie dwóch kultur. Tego, co Żydzi przynieśli ze wschodu, tych wszystkich zaśpiewów oraz tego, co spotykali po drodze. Wielu Żydów, tych zasymilowanych, poddało się wielkiemu wpływowi kultury europejskiej. Rezultatem wpływów europejskich jest choćby chór czterogłosowy w synagodze. Tego wcześniej nie było. Był przede wszystkim chór jednogłosowy. Chór czterogłosowy był podstawą kościoła. Oczywiście oddziaływanie było dwustronne. Kultura synagogi także wpływała na kulturę kościoła. W Niemczech w synagogach pojawiły się dodatkowo organy, typowe przecież dla kościołów katolickiego i protestanckiego. Kościół prawosławny wykluczył instrument. Może to jest wpływ synagogi? W związku z tym wzajemnym przenikaniem się, muzykę synagogalną zaczęto komponować tak, jak komponowali europejscy kompozytorzy. To jest właśnie ten styl niemiecki: chór, organy i kantor. I jeszcze jedno, w stylu niemieckim kantor był rozpisywany jako baryton, a nie tenor.

Ma pan poczucie, że chór mógł powstać tylko we Wrocławiu, z jego wspaniałym duchem otwartości, dynamiki, postępu?

To jest moje miasto. Mogłem wyjechać, ale zawsze wracałem. Wrocław jest specjalny, bo był zawsze młodym i otwarty miastem. We Wrocławiu mają szansę na powiedzenie takie rzeczy, które nie udałyby się nigdzie indziej. Z każdym rokiem jesteśmy coraz bardziej europejscy, ale nadal wrocławscy. Dziesięć lat naszego chóru, jest tego najlepszym przykładem.

Stanisław Michał Rybarczyk był dyrygentem Opery Wrocławskiej oraz kierownikiem artystycznym i dyrygentem Kameralnego Chóru Męskiego "Cantilena". Kierował również Wrocławskim Chórem Chłopięcym, był dyrektorem i kierownikiem artystycznym Zespołu Kameralnego Polskiego Radia i Telewizji we Wrocławiu. Od 1993 prowadzi Chór Kameralny Filharmonii Wrocławskiej. Był wykładowcą Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Prowadzi Orkiestrę Symfoniczną i Kameralną wrocławskiego Liceum Muzycznego. Od kwietnia 1996 r. kieruje założonym przez siebie Chórem Synagogi pod Białym Bocianem we Wrocławiu. W 1999 r. zainicjował niezwykle prestiżowe przedsięwzięcia artystyczne, których jest jednocześnie dyrektorem artystycznym: "Wieczory Tumskie", koncerty połączone tematycznie z wykładami, odbywające się w każdą ostatnią niedzielę miesiąca w świątyniach wrocławskiego Ostrowa Tumskiego; "Koncerty Hawdalowe" we wrocławskiej Synagodze pod Białym Bocianem oraz "SIMHA - Spotkania z Kulturą Żydowską". Jest autorem widowiska "Koniec Wieku - Spotkanie Kultur", które zostało zaprezentowane w wielu miastach Polski, m.in. podczas Millennium Wrocław 2000 r.