'Ginekolog' w obozie w Majdanku, czyli Jan Kott - mistrz autokreacji.

'Ginekolog' w obozie w Majdanku, czyli Jan Kott - mistrz autokreacji. Pamiętajmy, że Jan Kott był nie tylko komunistą, ale także Żydem - czyli w latach okupacji należał do ludzi, na których trwało "polowanie".

...

 

Jan Kott w latach powojennych.

źródło: http://ryszardmatuszewski.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?655802

 

 

Pozwól waść — mówił dalej zwracając się do Skrzetuskiego — abym mu służby moje ofiarował. Jan Zagłoba herbu Wczele, co każdy snadno poznać może choćby po onej dziurze, którą w czele kula rozbójnicka mi zrobiła, gdym się do Ziemi Świętej za grzechy młodości ofiarował.

— Dajże waść pokój — rzekł Zaćwilichowski — powiadałeś kiedy indziej, że ci ją kuflem w Radomiu wybito.

— Kula rozbójnicka, jakom żyw! W Radomiu było co innego.

Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem

 

 

W tym roku minie setna rocznica urodzin wybitnego publicysty, wnikliwego krytyka teatralnego i literackiego, pisarza, poety, szekspirologa o światowej sławie, polonisty, romanisty, historyka i teoretyka teatru, tłumacza, zagorzałego komunisty, fanatycznego stalinisty, dysydenta i politycznego emigranta - profesora Jana Kotta.

Jan Kott był człowiekiem niezwykłym.

Gdyby żył w XVIII stuleciu, zostałby pewnie partnerem słynnego, międzynarodowego awanturnika Beniowskiego i podbijał z nim Madagaskar, po czym - wcześniej niż zdążyłby to zrobić Beniowski - pojawiłby się na francuskim dworze, aby ogłosić królowi Francji, że jest władcą tej wyspy i chce zawrzeć z nim sojusz przeciwko Wielkiej Brytanii.

Jan Kott był po prostu mistrzem autokreacji.

Należał do gatunku tych niezwykłych ludzi, którzy nie przywiązują zbyt dużej wagi do tego, jaki jest świat i ich własne miejsce w nim. Oni stwarzają siebie takimi, jakimi chcą, a następnie świat wokół siebie dopasowują do swojej wizji, bez pytania go o zgodę.

Barwne były opowieści Jana Kotta z okresu okupacji. Najpierw sowieckiej - we Lwowie, a później niemieckiej - w tzw. Generalnej Guberni.

Część opowieści znaleźć można w jego Przyczynku do biografii. Ale tylko drobny fragment. Inne zachowały się wyłącznie w pamięci ludzi, którzy mieli okazję wysłuchać jego wspomnień - rozproszonych na przestrzeni lat w opowieściach tego człowieka szaleńczo odważnego, niezwykle sprytnego, dysponującego w najwyższym stopniu tym, co w języku angielskim określa się mianem street smart czyli 'uliczną zaradnością', umiejętnością wychodzenia cało z najtrudniejszej sytuacji, spadania zawsze na 'cztery łapy' i ośmieszenia tych, którzy chcieli go schwytać i zamordować.

Bo pamiętajmy, że Jan Kott był nie tylko komunistą, ale także Żydem - czyli w latach okupacji należał do ludzi, na których trwało wówczas "polowanie".

Z wielu opowieści Jana Kotta chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci ta, w której Jan Kott trafił do obozu w Majdanku. Usłyszałem ją - z ducha jakby żywcem wyjętą z powieści łotrzykowskiej - w końcu lat dziewięćdziesiątych. Ale jej żywot - jak się później dowiedziałem - trwa od dziesięcioleci. Chyba ostatni raz opublikowała ją na łamach "Rzeczypospolitej" prof. Anna Krajewska-Wieczorek w wywiadzie z Janem Kottem  w roku 2001.

Oto ta opowieść -  taka, jaką ją zapamiętałem:

Jest lato roku 1942, Jan Kott kończy swój pobyt w Kazimierzu Dolnym i trafia na stację kolejową w Puławach. I nagle pojawiają się samochody pełne żandarmów, dworzec zostaje zablokowany, nikt nie może go opuścić, Niemcy zatrzymują nadchodzące pociągi i perony zapełniają się pasażerami.

Nikt nie wie, co się stanie, lufy karabinów są wycelowane w tłum, który gęstnieje.

Wtem z drugiej części peronu rozlega się krzyk: "Arzt, Arzt!". To żandarmi wzywają lekarza.

Co robi w tym momencie Jan Kott?

Widzi w tym swoją szansę. Natychmiast się zgłasza. Okazuje się, że jakaś kobieta zaczęła właśnie rodzić.

Jan Kott nigdy nie asystował przy porodzie, jego wiedza na ten temat jest żadna, to znaczy wie tylko tyle - zapewne z literatury okresu naturalizmu - że w takim momencie potrzebna jest ciepła woda i że coś się przecina - a więc także niezbędne są nożyczki. Wody oczywiście nie ma, więc Kott wydaje Niemcom stanowcze polecenie dostarczenia mu nożyczek. Po latach przyznaje, że ta wiedza o przecinaniu czegoś (zapewne pępowiny) pochodziła prosto z "Dziejów grzechu" Żeromskiego. Fachowo każe podłożyć pod rodzącą koc, stoi nad nią z tymi nożyczkami i jest przerażony, bo nie wie, co robić dalej, ale oczywiście nie daje tego po sobie poznać. Jednak szczęście mu - jak zwykle - sprzyja, a - przy okazji - także rodzącej. Nim poród wchodzi w fazę finalną, pojawia się pogotowie i zabiera kobietę do szpitala.

Jednak historia dopiero nabiera rozpędu po tym efektownym początku. Niemcy nie uwalniają Kotta, choć traktują go z pewną atencją jako lekarza, zwracając się do niego "Herr Doktor". Po kilku godzinach ładują zatrzymanych ludzi do pociągów i wiozą do obozu w Majdanku. W obozie następuje podział: mężczyźni odchodzą w jedną stronę; kobiety w drugą. Kott usiłuje pójść z mężczyznami, ale Niemcy nie pozwalają: "miejsce lekarza-ginekologa i położnika jest wśród kobiet!".

I tak w Majdanku Jan Kott - jako jedyny mężczyzna w całym obozie - ma nakaz zamieszkania w baraku, w którym znajduje się około 300 kobiet. Podkreślmy w tym miejscu - mocno podkreślmy! - Jan Kott znany jest ze swojej wielkiej słabości do płci żeńskiej (o jego postawie Don Juana krążyły zawsze barwne legendy). To stawia całą tę sytuację w specjalnym świetle. Dodajmy, że są to w większości młode chłopki zatrzymane na szmuglu. Po selekcji większość z nich trafi na roboty do Niemiec. A Jan Kott otrzymuje następnego dnia osobny pokój przeznaczony na gabinet lekarski, z napisem na drzwiach Kranken Sztube (Izba chorych) więc przed tym pokojem ustawiają się natychmiast kolejki młodych wiejskich dziewcząt, które wiedzą, że za kilka kilka tygodni ma zbadać je komisja lekarska i od jej orzeczenia zależy, czy pojadą do Niemiec. Proszą więc doktora-ginekologa o poradę, jak skutecznie symulować, aby nie pojechać.

W tym samym czasie do obozu, przez dziury w płocie, napływają od ich rodzin wędliny, jajka, masło, świeży chleb. Znaczna część tego bogactwa trafia prosto do "doktora" Jana Kotta, który jeszcze niedawno głodował ukrywając się w Warszawie poza gettem. Otoczony dziewczętami i wieńcami kiełbas, Jan Kott spędza cale tygodnie w obozie, oddając się symulowaniu pracy medyka.

Zbliża się jednak termin obozowej komisji lekarskiej. Pojawia się ona pod postacią lekarki-Niemki. Jan Kott - jak wspomniałem - nie tylko mistrz autokreacji ale także uwodziciel światowej klasy - nie ma kłopotów z oczarowaniem Niemki, zwłaszcza - jako 'polski lekarz' - koleżanki po fachu. Po stosunkowo krótkim czasie doprowadza ona do jego zwolnienia z obozu. Załatwia mu konieczne zaświadczenia.

Jan Kott wraca z obozu w Majdanku dobrze odżywiony, zadowolony i uginający się pod zapasami boczku, kiełbasy i słoniny - podarunkami od tych dziewczyn w obozie, które wdzięczne były swojemu ginekologowi.  Tak wróciłem do domu: pyzaty i uśmiechnięty, obładowany wałówką od wiejskich dziewcząt z obozu.

Jego ocalenie, a chyba jeszcze bardziej te wszystkie wiktuały prosto z obozu w Majdanku, stanowią ogromne zaskoczenie dla jego żony - Lidii, roztrzęsionej i zapłakanej, która przez te wszystkie tygodnie bezskutecznie szukała sposobów, aby dotrzeć z łapówką lub znajomościami do kogoś, kto mógłby spowodować zwolnienie męża z obozu.

Opowieść Jana Kotta ma jednak drugie dno.

Zacząłem szukać w Internecie i znalazłem jego własne wspomnienie na ten temat, po angielsku (Still Alive: An Autobiographical Essay), oparte na Przyczynku do biografii, gdzie fakty wyglądają nieco inaczej: cała historia trwa zaledwie kilka dni. Nie ma żadnej niemieckiej lekarki, jest tylko Niemiec, który wzywa Kotta i zadaje mu jedno pytanie:

- Kot?

- Jawohl! - odpowiada Kott.

I zostaje natychmiast, bez słowa zwolniony z obozu. Dzieje się to tak szybko, że - jak wspomina - tylko jedna z dziewcząt, która wiele razy odwiedzała jego gabinet, zdążyła dać mu "pokaźnej długości kiełbasę z majerankiem".

Po jakimś czasie okazuje się, że tajemnica tego nagłego zwolnienia z obozu kryje się w fakcie, iż pewien ważny lubelski, nazistowski dygnitarz oraz Treuhänder miał kierowcę, który nazywał się Kot. I ten kierowca został aresztowany i wysłany do Majdanka. Dygnitarz zadzwonił do komendantury obozu z awanturą, żądając zwolnienia kierowcy. A Jan Kott miał wówczas fałszywą kenkartę wystawioną na nazwisko "Adam Kot". W tym czasie kierowca dygnitarza był już w drodze na roboty do Niemiec...

Ciekawe, jak mocno zdziwił się ten Treuhänder, gdy jego zwolniony kierowca, zaraz po wyjściu z obozu - zniknął i nigdy nie wrócił do swojej pracy.

Jednak opowieść prof. Jana Kotta żyje od znacznie dawniejszych czasów. Oto w Przeglądzie Kulturalnym (nr 29) z 1 stycznia 1960 roku (!) znajdujemy artykuł profesora pod tytułem Potęga medycyny, a w nim taki fragment:

(...) Mogę coś o tym powiedzieć; byłem lekarzem, nie długo, przez dwa tygodnie.

W lecie 1942 dostałem się w łapankę na stacji w Puławach. Przez całą noc Niemcy wyładowywali wszystkich z pociągów. O świcie usłyszałem na peronie krzyki: "Arzt! Arzt!" Wołano lekarza, nikt się nie zgłaszał. Pomyślałem sobie, że rozbito komuś głowę, albo połamano ręce. Miałem za sobą jeszcze z harcerstwa jakieś kursy pierwszej pomocy, zgłosiłem się. Zaprowadzono mnie przez zbity tłum na koniec peronu. Zmartwiałem. Leżała kobieta i według wszelkiego prawdopodobieństwa rodziła. Nie miałem jeszcze wtedy dzieci i moje wiadomości z tej dziedziny ograniczone były wyłącznie do lektury "Dziejów grzechu". Wiedziałem, że przecina się pępowinę, tylko na Boga, w którym miejscu! Podłożyłem kobiecie parę kocy pod głowę, bo się strasznie rzucała i kazałem przygotować nożyczki i zagotować wiadro wody. Ktoś dał mi jakiś zastrzyk na serce, zrobiłem go. Kobieta przestała się miotać, odpłynęły wody, miała przerwę w bólach. W tym momencie nadjechała karetka ze szpitala. Byłem uratowany. Kobieta także.

Nie przewidziałem tylko, że Niemcy są systematyczni i konsekwentni. Nie minęło 10 minut, kiedy zaprowadzono mnie do grubego hauptmanna i zarzucono na plecy torbę z apteczką. Po dwunastu godzinach cały transport wylądował na Majdanku. Mężczyźni szli w prawo, kobiety w lewo. Poszedłem na prawo, wykopano mnie. Znowu poszedłem, znowu mnie wykopano. Mianowano mnie lekarzem, na bloku kobiecym, i to w charakterze ginekologa.

Majdanek nie był jeszcze wtedy obozem wyniszczenia, tylko "przeładunkowym", na roboty do Reichu. Do tygodnia lub dwóch szło się na komisję, potem - na transport. Tymczasem kazano mi praktykować. Na szczęście w apteczce był tylko salol, aspiryna, trochę bandaży, jodyna, jakieś krople na serce - i koniec. Nie mogłem wiele zaszkodzić. Leczyłem perswazją i miałem bardzo dobre wyniki. Dlatego wierzę w potęgę medycyny jako abstrakcji; jako czystej idei. (...)

Tutaj, w tym wspomnieniu zapisanym przed ponad pięćdziesięciu laty, Jan Kott ani się jeszcze do połci boczku nie przyznaje, ani do wieńców kiełbas, ani do lekarki-Niemki, ani do dygnitarza hitlerowskiego z aresztowanym kierowcą.

Najwyraźniej na te elementy opowieści czas przyszedł dopiero później.

I na tym też polegała niezwykłość Jana Kotta i jego kunszt stwarzania fasycynujących fabuł, w których przejawiał się jego niezależny stosunek do świata i poczucie wolności.

Dlatego też w pełni zasługuje na motto, które wybrałem do tego tekstu, podkreślające jego charakterologiczny związek z jedną z najbardziej ulubionych postaci polskiej literatury.

 

Paweł Jędrzejewski

2 lutego 2014