"Coś z siebie dla innych" - rozmowa z Bente Kahan

"Coś z siebie dla innych" - rozmowa z Bente Kahan z Bente Kahan rozmawia HUbert Chłopicki

Jaka była Pani droga do kariery artystycznej? W jaki sposób się rozpoczęła?

W drodze tej splatają się dwa równorzędne wątki - żydowski i teatralny. Bardzo wcześnie zaczęłam się interesować teatrem, całe zaś dzieciństwo i młodość żyłam w środowisku żydowskim, zarówno w diasporze jak i przez długi czas w Izraelu. Z początku było to dość typowe europejskie życie żydowskie. Żydowska tradycyjna rodzina, działalność w Bnej Akiwa, byłam nawet przewodniczącą tej żydowskiej organizacji młodzieżowej w Norwegii. Po ukończeniu liceum wyjechałam do Izraela. Myślałam, że zostanę tam na całe życie. Zaczęłam studiować aktorstwo naUniwersytecie w Tel Awiwie, później kontynuowałam studia teatralne w American Musical and Dramatic Academy w Nowym Jorku. Jako syjonistka wróciłam jednak po jakimś czasie do Izraela. Wydawało mi się, że tam właśnie jest moje miejsce. Grałam na prestiżowych scenach Izraela, najbardziej pociągał mnie jednak wówczas teatr polityczny. Wojna libańska i jej następstwa stały się źródłem głębokiego kryzysu społeczno-psychologicznego dla wielu Izraelczyków, był to trudny czas i dla mnie. Wróciłam do Norwegii. Przez pewien czas grałam na deskach wielu teatrów w Oslo, coraz bardziej pociągała mnie jednak kultura żydowska, nieznana norweskiej publiczności.

Pierwsza sztuka ("Above the Town", premiera w Oslo), którą zrobiłam w Norwegii w roku 1983, miała swe korzenie w kulturze Żydów Europy Wschodniej, w języku jidysz. Zainspirowały mnie piosenki z dzieciństwa. Znałam je od ojca. Piosenki piękne, sentymentalne, czasem zapomniane, zwłaszcza w Izraelu, zdominowanym przez język hebrajski. Nie myślałam o tym wówczas jeszcze, jak o czymś, co mogłoby mieć wielką wartość.

Do piosenek (najbardziej znaną z nich był "Bełz") dodałam krótkie opowieści żydowskie, taki wstęp dla ludzi nie znających w ogóle tej kultury - a Norwegowie do nich na pewno należeli. Wzięłam więc opowieści, anegdoty i połączyłam je z muzyką. Pracowałam nad tymi tekstami z drugą aktorką (Michaela Spandow) oraz dwoma muzykami (klarnet i akordeon). Było to moje pierwsze profesjonalne spotkanie z jidysz. Pierwszy spektakl. Wcześniej przecież jako aktorka grałam więcej klasycznych sztuk hebrajskich, izraelskich. Później był niezależny teatr polityczny i norweskie sceny państwowe. Wkrótce zaczęłam pisać swoje własne sztuki teatralne, nie tylko o tematyce żydowskiej. Pierwszą o Bessi Smith ("Bessie - Bluesical", monodram z muzyką, premiera w 1986 roku w Oslo) i później o imigrantach, którzy przyjechali do Norwegii z Iranu ("Letter Without a Stamp", premiera w 1988 roku w Verdal). W sztuce tej spotykają się dwie kobiety, norweska Żydówka i uciekinierka z Iranu, jedna obarczona rodzinną traumą Holokaustu, druga koszmarem swych przeżyć w Iranie Chomeiniego. Grałam obie kobiety. Współczesna, uniwersalna sztuka miała jednak swój żydowski charakter. Wiedziałam już, że nie jest moim największym marzeniem praca aktorki w norweskim teatrze. Być tylko aktorem - to było dla mnie za mało.

W jaki sposób przyjęła publiczność norweska Pani pierwszą sztukę w roku 1983?

Fantastycznie. Reakcje ludzi były wspaniałe. Widać było, iż ludzie byli ciekawi tej nieznanej im kultury, szczególnie zaś polubili muzykę zagraną przez bardzo dobrego norweskiego klarnecistę, Michaela Reissa. Nauczyciel Michaela był notabene Żydem, Michael ma ten dryg, wyczucie melodyki żydowskiej. Drugi to akordeonista (Tom Karlsrud), który grał wcześniej norweski folklor. Obaj świetnie czuli muzykę żydowską. Dla ludzi to była rewelacja i mogliśmy to grać i grać, i grać.

Rzecz jednak w tym, że chciałam iść dalej, działać, pracować, tworzyć. Pisać, grać, koncertować. Równocześnie grałam w teatrach w Oslo, więc pracy było mnóstwo. Pisałam sztuki, również polityczne. Swym wysiłkom chciałam nadać jednak czytelny kierunek i strukturę. W 1990 rozpoczął działalność mój Teatr Dybbuk w Oslo.

W jaki sposób zrodził się pomysł założenia Teatru Dybbuk Oslo?

Może to był przypadek? W Sztokholmie mieszkał pewien Żyd z Polski, Franek Kelber. Założył tam Teatr Dybbuk. Spotkaliśmy się i myśleliśmy o założeniu sieci teatrów Dybbuk, w Oslo i w Kopenhadze. Ostał się z tych planów tylko mój Teatr Dybbuk w Oslo. To najmądrzejsza rzecz, jaką zrobiłam w życiu. Wcześniej miałam masę pomysłów, lecz brak środków na ich realizację. Zawsze miałam szczęście do spotykania ludzi, którzy chcieli mi pomagać, pracować ze mną. A że nie był to teatr Bente Kahan, a Dybbuk Oslo, władze w Norwegii rozumiały, że budujemy coś nowego, nową kulturę, awangardę, a nie zwykły kolejny teatr... I wtedy otworzyły się moje możliwości kreowania kultury żydowskiej w Norwegii. W tym czasie był tam dobry klimat dla kultur mniejszości w związku z napływem licznych emigrantów, a żydowska kultura była w końcu najstarszą spośród nich, a przy tym wciąż mało znaną. Dostrzeżono, że to będzie dobre posunięcie nie tylko artystyczne, ale i polityczne. Udało mi się zdobyć sporo środków na moje cele, nie zostałam oczywiście milionerką, ale mogłam realizować pomysły, angażować muzyków i aktorów, nagrywać pierwsze płyty. Później pomyślałam, że ograniczanie się do Norwegii mi nie wystarcza , że powinnam wypłynąć na szersze wody międzynarodowe. I od 1990 roku tak właśnie pracuję.

Teatr Dybbuk oraz wsparcie norweskiego Ministerstwa Kultury pozwoliło na wyprodukowanie własnych płyt i przedstawień. W jaki sposób się to odbyło?

Pierwszą produkcją TDO był koncert "Yiddishkayt" z norweskim zespołem Gjertrud's Gipsy Orchestra (1990 rok). Następnego roku zrealizowaliśmy płytę CD. Kolejną płytę: Farewell Cracow (Żegnaj Krakowie) wyprodukowałam za norweskie pieniądze, przy udziale polskich muzyków, w Warszawie. Ale premierowy koncert odbył się w Norwegii.

Jak doszło do współpracy z polskimi muzykami?

Jak wspomniałam, w 1990 roku ukazała się płyta "Yiddishkayt". Wystąpiliśmy z piosenkami z tej płyty na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu w marcu 1991. Transmitowała to polska telewizja. I spodobało się bardzo. Tak jak i koncerty w Norwegii. Sześciu norweskich muzyków (Gjertrud's Gypsy Orchestra) mieszkało w rożnych miejscach mojej rozległej ojczyzny. Było to mało praktyczne i kosztowne z uwagi na konieczność podróży.

Był to jednocześnie okres, gdy dużo zmieniało się w Polsce. Mój mąż jest Polakiem. Urodził się na Ukrainie, ale od powrotu jego rodziny do Polski w 1956 roku mieszkał we Wrocławiu. W 1984 wyjechał, jako uchodźca polityczny, do Norwegii. W 1991 roku przenieśliśmy się do Polski, do końca 1993 roku mieszkaliśmy w Warszawie. Było to dla nas bardzo ciekawe doświadczenie. Te 2 lata to był fantastyczny czas. Dużo zmian. W 1992 roku poznałam dwóch młodych, wspaniałych muzyków: Dariusza Świnogę i Mirosława Kuźniaka. I od tego czasu z nimi dużo nagrywam i koncertuję. Do dziś. Wracając jednak do lat dziewięćdziesiątych - kolejną moją produkcją, wspólnie z Frankiem Kelberem była "Gitl" - monodram wg Shaloma Aleichema oparty na "Train Stories".

Mniej więcej w tym czasie trafiłam na zbiór pieśni Mordechaja Gebirtiga "Majne Lider". Niektóre z jego utworów znałam i wykonywałam już wcześniej, nie wiedziałam jednak, że jego twórczość była aż tak bogata. Było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem, wręcz szokiem. Miałam w Warszawie (dokładnie w Podkowie Leśnej) pianino i w sumie niewiele do robienia. Poprzez Gebirtiga otworzył się dla mnie nowy świat. Nagle spostrzegłam, że taką bogatą kulturę można ujrzeć i poznać poprzez piosenki, że nic więcej nie jest potrzebne, że dzięki nim otwierają się dla mnie nowe horyzonty. To zrobiło na mnie naprawdę kolosalne wrażenie. Mieliśmy Gebirtiga, mistrza naszej tradycji. Czułam się strasznie dumna i nie trzeba mi było niczego innego niż jego wzruszające teksty i melodie. Początkowo myślałam, że zrobię to sama i będę sama grała, że tak będzie to bardziej zrozumiale. Później zmieniłam zdanie. Mirek i Darek stali mi się niezbędni.

Praca nad aranżacjami nie była łatwa. Mówiłam muzykom, żeby nie słuchali wcześniej żadnej muzyki żydowskiej. Nie wychodziliśmy od muzyki w tym wypadku, ale od poezji, od każdego słowa. Tu jestem ja ze swoją interpretacją i tak ma być, a nie inaczej! Efektem jest swoisty dialog z Gebirtigiem, na nowo ożywającym w naszych interpretacjach.

Graliśmy to później w Niemczech, Polsce, Szwecji, Norwegii i Francji - wszędzie było to ciepło przyjmowane. I okazało się, że przekłady nie były potrzebne - jidysz jest językiem uniwersalnym. Raz to było grane w Ameryce i więcej raczej nie będzie, gdyż oni musza mieć wszystko po angielsku. To jest inny świat. "Żegnaj Krakowie" jest bardzo europejskie, tu lepiej brzmi i tu bardziej sie podoba.

A w jaki sposób powstawały kolejne projekty? Skąd pomysły?

Nigdy nie było tak, iż mam pomysł i teraz zbuduję projekt jego realizacji. Pomysł i projekt równocześnie - tak to powstawało. "Żegnaj Krakowie" od książki Gebirtiga. Później był koncert "Żegnaj Krakowie" w Kopenhadze, Moskwie. Było super. Dwóch muzyków i ja. Po koncercie podszedł starszy mężczyzna, który przeżył getto w Theresienstadt i powiedział, że powinnam śpiewać piosenki tam powstałe. Piosenki kabaretowe, które tam ludzie śpiewali. Kabaret w Theresienstadt? Słyszałam o rysunkach dzieci, ale kabaret? Bez przesady. Jak to? Byłam wówczas w ciąży z Voją i nie myślałam o kolejnych projektach, a o macierzyństwie.

Dwa tygodnie po urodzeniu córki, znów przyszedł do mnie ten człowiek. Przywiózł niektóre z tych piosenek w wykonaniu niemieckich aktorów kabaretowych, takie operetkowe to było, nie dla mnie. Poza tym jak mogłam przedstawić Theresienstadt jako "najpiękniejsze miejsce na świecie" - taki był tytuł jednego z wiodących utworów. Uważałam to za idiotyzm. Może to miało jakiś sens w getcie, ale jak ja mam to pokazać dziś? Bo przecież nie jako cyniczny żart, ironię. Nie wiedziałam, jak ruszyć ten temat. Jednak Theresienstadt wydawał mi się ciekawy. Byłam tam i słyszałam o bogactwie życia kulturalnego w Theresienstadt: o chórach, muzyce, operze, ale nie o kabarecie.

Poprosiłam siostrę mieszkającą w Izraelu, by poszła do Yad Vashem i poszukała tam materiałów z Theresienstadt. Wysłała mi je pocztą. Były to materiały w języku niemieckim. Wśród nich teksty Ilse Weber. Fantastyczne rzeczy, które przetrwały wojnę. Nie były to może jakieś wyżyny artystyczne, ale proste obrazy przedstawiane przez ludzi, ich życie codzienne naznaczone męką, strachem, ale i banalnością szpitalnych sal, piwnic, gdzie obierano kartofle, itp. Obrazy często wstrząsające, jak choćby skarga walizki osieroconej przez niewidomego właściciela wywiezionego do obozu. Pomyślałam, że ten materiał i kabaret z Theresienstadt mogą być dobrym połączeniem. To może być ciekawy projekt...

Zadzwoniłam do mojej reżyserki, Ellen Foyn Bruun i ona to podchwyciła. Ona nie jest Żydówką, jest Norweżką. Jest inna ode mnie, bardzo logiczna. Wyczuwała też bardziej percepcyjną sytuację nieżydowskiej publiczności, która często w punkcie wyjścia nic nie wiedziała o żydowskiej kulturze czy historii. To narzucało prostotę i lakoniczność, które stały się jednym z atutów naszej sztuki.

Ellen wpadła na pomysł, że ja zagram 5 postaci w jednym przedstawieniu. Nie mieliśmy środków na pięciu aktorów. I tak zrobiliśmy szkic pięciu charakterów, postaci - monodram na pięć kobiet pochodzących z różnych krajów, w różnym wieku, z różnych klas społecznych, o różnych zawodach. Łączy je tylko to, że są Żydówkami i że ich drogi spotkały się w Theresienstadt. Każda z nich ma swoja historię do przekazania. Do tego doszły piosenki Ilse Weber.

Premiera odbyła się 50 lat po wojnie, w Norwegii. To dość długie przedstawienie, bo trwa półtorej godziny. Po Norwegii przyszła kolej na Szwecję i Danię, gdzie język norweski jest rozumiany. Później wprowadziłam zmiany - dodałam muzykę, więcej instrumentów, skrzypce, akordeon i pianino. Spektaklem zainteresował się mój agent z Berlina. Piosenek nie trzeba było tłumaczyć na niemiecki - one przecież w oryginale były po niemiecku. Nie w jidysz! Reszta sztuki, napisana przeze mnie i Ellen po norwesku, musiała być tłumaczona. Mój niemiecki nie był zbyt dobry, bardziej podobny do jidysz, który znałam z domu. Więc zaczęłam się uczyć niemieckiego tekstu, pracowałam intensywnie, po 10 godzin dziennie, z niemiecką aktorką.

Zaczęłam grać spektakl w Niemczech, w Berlinie w Teater Tribune, potem we Frankfurcie w Alte Oper i na wielu innych prestiżowych scenach. Później zrobiliśmy wersję angielską. Ludzie czasem pytali, dlaczego piosenki niemieckie nie są po niemiecku. Bo chciałam, żeby widzowie to rozumieli, żeby teksty piosenek nie miały jedynie sentymentalnej wartości. Stąd tłumaczenie sztuki na wiele języków obejmuje zawsze tłumaczenie piosenek. Również w wersji polskiej.

W Londynie spektakl był dobrze przyjęty. Potem USA - Washington Holocaust Museum. I Izrael - Jad Waszem. Ważne miejsca. Był pomysł, żeby zrobić spektakl na Broadwayu, ale nie miałam siły, by tak często grać, z dala od rodziny. Może było to nierozsądne. Może trzeba było jechać na Broadway. Ale tak zdecydowałam i nie żałuję. Jestem zadowolona. Mam rodzinę i muszę dla niej też żyć. Poza tym miałam w głowie kolejne pomysły i nadal chciałam pracować, ale już nad czymś nowym. Myślałam, by w USA oddać to do realizacji komuś innemu.

I powstało Towarzystwo Ilse Weber w USA?

Najpierw prezentowane były piosenki Ilse Weber. Pozwoliło to zebrać od sponsorów sporo pieniędzy. Wydawane zostały za to min. książki o Ilse Weber. Piosenki zaś trafiły do wielu szkół.

Jaka była reakcja młodych ludzi, edukowanych przez Towarzystwo? Jak reagowali na te piosenki?

Reakcje były fantastyczne. Wszystko było angielsku, więc mogli zrozumieć każde słowo. Nie było to kierowane jedynie do Żydów, ale do wszystkich. Grałam także "Głosy z Theresienstadt" na różnych uniwersytetach. Chciałam doprowadzić w końcu do tego, by materiał żył tam beze mnie. By nadal był pokazywany. Nawet "Żegnaj Krakowie" powinno być grane po angielsku czy polsku, tak, by było zrozumiale dla wszystkich. To ważne przekazy, twórczość Gebirtiga, Ilse Weber czy kabaret z Theresienstadt. To ich zeznanie, dowód, spuścizna! Ja tylko jestem medium, które to przekazuje. Ludzie, którzy byli naocznymi świadkami tych wydarzeń odchodzą, a ten materiał jest prawdziwy, ma przeżyć i opowiadać historię. To ma swoja wartość.

Kolejne projekty...?

Dla Berliner Festwoche skomponowałam muzykę do wierszy pisanych przez niemieckich Żydów między 1933 a 1945 rokiem ("Wir Wollen Wachen die Nacht", wrzesień 1997). Ciekawy projekt. Później Holandia i praca z orkiestrą Di Gojim (koncert Bente Kahan & Di Gojim, Amsterdam 1997 rok, tego samego roku ukazała się płyta "Bente Kahan & Di Gojim"). To było zupełnie cos innego. Zupełnie inna praca. Bardzo komercyjna (około 1000 osób na koncertach). Coś nowego dla mnie. Mało intymnie, pełna orkiestra. Dużo hałasu. Di Gojim to typowy zespół klezmerski. I ja do tego. Inspirowaliśmy się nawzajem.

A że norweskie Bergen było stolica kultury europejskiej w 2000 roku, to zrobiliśmy dlań wspólny projekt. "Home" zostało zamówione przez Bergen i Norweską Radę Kultury i Fundację Attacca_00. Premierę miało "Home" w Trondheim w marcu 2000 roku ze szwedzką kapelą Sabath Hela Veckan. Występuję z tym koncertem w wielu krajach, często z Di Gojim.

"Home" to historia mojej rodziny, ale i historia europejskich Żydów na ich przykładzie. Historia, której sceną jest cała Europa. Cały świat. Od Hiszpanii do Rumunii, od Francji do Rosji i Norwegii. Do USA i Izraela. Od dawna namawiano mnie, bym ją opowiedziała. Zastanawiałam się, jak to zrobić. Znałam swoje drzewo genealogiczne, na tym budowałam koncept. Nie wiedziałam, jakie będą to piosenki. Powinny być zrozumiałe i stanowić kamienie milowe mojej podróży. Ten koncert mieniący się piosenkami z tylu krajów, w tylu językach, to moja osobista historia.

Płyta z córką Voją...

Myślałam o tym, że skoro płyta "Home" będzie opowiadać moją historię, to powinnam zaprosić do niej mojego Tatę, który zawsze pięknie śpiewał. Zaprosiłam go do studia i po godzinie juz wszystko było nagrane. Później była bar micwa mojego syna, a ja nauczyłam Voję śpiewać "Papirosn". Zamiast przemówienia Voja miała zaśpiewać - zrobiła furorę

Wcześniej Voja widziała, jak piosenki nagrywa dziadek. Uczestniczyła także w rozmowach o tym, że dobrze by było przygotować taka płytę dla dzieci - dzieci pewnie chciałyby posłuchać piosenek w jidysz! Zaczęliśmy o tym myśleć na poważnie, na początku chcieliśmy zrealizować projekt z gminą żydowską w Oslo i z tamtejszymi koleżankami Voi. Ale w 2001 roku nastąpiła dramatyczna zmiana w naszym życiu. Myśleliśmy o wyjeździe do Ameryki, ale wylądowaliśmy we Wrocławiu. Mój mąż, Olek, mówił, że tu we Wrocławiu jest szkoła Fundacji Laudera, gdzie żydowskie i polskie dzieci razem poznają kulturę żydowską. Nasza córka Voja zaczęła uczęszczać do tej szkoły. Po po roku spotkałam się z jej dyrektorką i opowiedziałam jej o projekcie: że mogę go udostępnić szkole i społecznie uczyć dzieci śpiewać w jidysz. W pół roku nauczyłam dzieci wybranych piosenek. W czerwcu 2003 roku zrobiliśmy koncert we wrocławskiej synagodze pod Bocianem: piosenki plus krótkie opowieści, o czym dzieci śpiewają.

Nie jestem agentem koncertowym dla dzieci. One mają swoje życie i ja mam swoje. Byliśmy w Warszawie w synagodze (koncert zaaranżowany przez pismo "Midrasz"), a później w tym samym roku w sali koncertowej IMPART we Wrocławiu w ramach Festiwalu Wyszehradzkiego. Tam zagraliśmy z folkową orkiestrą Chudoba. Nagrałam to na mini disc i już wtedy wiedziałam, że będzie płyta! Nie wszyscy w to wierzyli, ale ja tak. I cieszę się, że to zrobiłam.

Nie wszystko od razu udało się zrobić. Sama okładka to pół roku pracy. Dużo pracy, by wszystko było dopieszczone. I świetnie, że ta płyta będzie żyć dalej - koncerty są fajne, ale ich funkcja to głównie promocja płyty. Płyta winna trafić do każdej szkoły w Polsce i - czemu nie? - za granicą. Można się dzięki niej wiele nauczyć.

Tak, to świetny materiał edukacyjny dla każdego. Teksty, zapis nutowy...

Tak, ważne są transliteracje, bo pozwalają dzieciom śpiewać w jidysz. Swoja wartość ma też tłumaczenie tekstów, ale wartość ma też język jidysz. Cieszę się z tego projektu. Ludzie odbierają to bardzo dobrze.

Jakie są najbliższe plany koncertowe związane z tym projektem. Może koncert w Warszawie?

Gołda Tencer dzwoniła wielokrotnie w tej sprawie. Wysłałam jej demo i bardzo chciała nas na Festiwalu Singera. Nie mogłam niestety. Może zrobimy koncerty w innych miastach. Nic na siłę. Spokojnie. Na festiwal nie było to gotowe. Ten projekt się nie starzeje. Ale trzeba pamiętać i o tym, że to jest amatorskie śpiewanie, nie zawodowstwo. Dzieci się stresują. Trzeba ostrożnie.

A obecnie nad czym Pani pracuje?

Ogromną pracą było dla mnie przedstawienie "Głosy z Theresienstadt" w wersji polskiej, wystawione we Wrocławiu, w Ośrodku Działań Artystycznych "Firlej". Pół roku pracy, od kwietnia 2005. Pięć aktorek i ja jako reżyser. Mąż przetłumaczył teksty na język polski. Masa pracy. Cieszę się, że najlepszy scenograf z Norwegii pracował tu dla mnie, całkowicie za darmo. Zrobił świetną robotę. Powinniśmy więcej grać to przedstawienie, nie tylko w synagodze i w Firleju. Aktorki są fantastyczne! Udało się wszystko, choć warunki były trudne. Chyba Gmina Żydowska doceniła moją pracę, była odpowiedzialna za koncerty w synagodze.

I została Pani Dyrektorem Centrum Kultury i Edukacji Żydowskiej we Wrocławiu...

Najpierw mówiłam, że ja do Gminy się nie nadaję, że mam za dużo pracy. Ale oni drążyli dalej. Prosili mnie i pomyślałam, że synagoga jest bardzo wzruszająca, stoi i płacze cały czas, za często pusta, bez ludzi. Dużo fantastycznych osób we Wrocławiu włożyło i wkłada dużo pracy na rzecz restauracji żydowskiej kultury w tym mieście. Może się im przydam? W końcu zgodziłam się, Centrum Kultury i Edukacji Żydowskiej we Wrocławiu wydało się nam wspólnie właściwa formą działalności, fizycznie opartej o synagogę - będącą nie tylko obiektem sakralnym, ale magicznym centrum i sceną także przyszłych osiągnięć. Myślałam, że uda się szybko. Byłam tu nieco naiwna, ale nie tracę wiary w sukces.

Powstanie Centrum zostało ogłoszone podczas obchodów 60-lecia zakończenia II wojny światowej, którym towarzyszył koncert w synagodze. Początkowo myślałam, żeby to, co organizuję, było w ramach gminy, teraz widzę to inaczej. Utworzyłam Fundację, by łatwiej zdobywać pieniądze, na działalność Centrum, ale także na remont synagogi. Znalazłam dość ludzi we Wrocławiu, którzy chcą ze mną pracować. To wolontariusze, ale i profesjonaliści różnych dziedzin. Gmina Wyznaniowa Żydowska musi z kolei podjąć decyzję, jak chce widzieć swe relacje z Centrum, by wspólnie najlepiej służyć kulturze żydowskiej i jej miejscu w historycznej panoramie miasta. Synagoga musi być odbudowana. Winna być ona centrum muzealnym, ale także pełnić funkcje sakralne, koncertowe i teatralne. Oczywiście pewne ograniczenia narzuca tutaj judaizm ortodoksyjny. Tak czy inaczej to powinno być zawsze duchowo żydowskie miejsce. Potrzeba ludzi, bo to wielki projekt. Moja fundacja pomoże w jego realizacji.

Chciałabym, żeby to było międzynarodowe centrum, bardzo potrzebne miastu, całemu rejonowi, Polsce, Europie - nie tylko światu żydowskiemu. To nie jest prowincjonalny projekt według mnie i wiem, ze Gmina też tak uważa. Myślę, że się uda, ale nie będzie lekko.

9 listopada wystawiłam w ramach działań Centrum "Głosy z Theresienstadt", był to jeden z akcentów obchodów rocznicy Nocy Kryształowej. Ta sztuka to świetny materiał edukacyjny dla szkół, zwłaszcza dla liceów. Dostałam wiele listów od licealistów, że to wzruszający spektakl, który więcej im opowiedział o Holokauście, niż książki i podręczniki.

Przedstawieniom towarzyszyła wystawa fotografii. Włączyłam do niej unikalne materiały o transportach Żydów z Breslau do Theresienstadt, powstało coś na kształt filmu, pokazu multimedialnego - zdjęcia i dźwięk. To trwa tylko 12 minut. Taka krótka historia Żydów z Wrocławia. Stała się częścią Centrum. Może być wystawiane w synagodze lub gdzie indziej, towarzysząc innym wydarzeniom artystycznym.

Czy zauważa Pani wzrost zainteresowania kulturą żydowską we Wrocławiu i w Polsce?

Zawsze mówiłam, że jest ona częścią historii Polski. Dla Żydów tutaj i na całym świecie jest ważne, by zostały synagogi, pamiątki, ślady po dawnym życiu żydowskim. Myślę też, że kontakt z kulturą żydowską to dobra droga dla ludzi, którzy stracili swoje korzenie i teraz szukają powrotu do zapomnianej kultury lub religii. Widzę, jak dzięki odradzaniu się kulury żydowskiej wiele osób pochodzenia żydowskiego przychodzi do synagogi.

Wreszcie główny adresat naszych działań to wszyscy wrocławianie, Polacy, Europejczycy, niezależnie od wyznania. Bardzo ważne jest też to, czego uczą się dzieci w szkole i co te dzieci, a później dorośli, wiedzą o Żydach. Dlatego cieszę się bardzo ze swoich zrealizowanych projektów - ludzie piszą do mnie, że to, co zobaczyli, zmieniło ich zdanie na temat kultury żydowskiej, że to uczy tolerancji i wzajemnego szacunku. To jest sukces dla mnie, a nie to, że mnie chwalą za taniec i śpiew, bo jutro mogę nie śpiewać i nie tańczyć, mogę na przykład stracić głos... Ważne jest to, że daję coś z siebie dla innych. To przetrwa. To co trafi do szkół. Do głów. I do serc. To dopiero początek drogi, do zrobienia jest mnóstwo. Dlaczego tak ważne jest to nasze Centrum Kultury i Edukacji.

Czy reszta rodziny, poza Panią i córką, zajmuje się również kultura i sztuką żydowską?

Moi najbliżsi? Mój mąż jest z wykształcenia fizykiem. Ale zajmował się głównie mediami i prawami człowieka. Lubi pisać. Pomaga mi dużą wiedzą z zakresu historii i kultury, nie tylko Żydów, którymi interesuje się też z racji swego pochodzenia. Jego tata pochodzi ze znanej rodziny zasymilowanych Żydów warszawskich. Moje żydowskie korzenie tkwią mocno w tradycji. Mego męża - nic nie mają wspólnego z religią. Syn bardzo się interesuje historią Żydów, nie śpiewa. Pasjonuje go historia i polityka międzynarodowa oraz film. Pójdzie inną drogą, może film? Może ONZ? Mój Tata - jego największą pasją jest historia i kultura Żydów. Jest kolekcjonerem pamiątek, książek. Bardzo dużo czyta. Moje rodzeństwo mieszka w Izraelu. Młodsza siostra ma agencję artystyczną w Izraelu, jej mąż zajmował się muzyka etniczną.

A moje najbliższe plany? Coś zaczęłam tu we Wrocławiu i chcę to skończyć. Tak jak z ostatnia płytą córki. Teraz trzeba ją promować. Zrobiłam coś fajnego i wartościowego, a problem jest z dystrybucja i sprzedażą. Tak samo jak "Głosy z Theresienstadt" - jest problem, gdzie dalej to wystawiać. Stąd pomysł współpracy z Ośrodkiem Firlej, dzięki której pojawiają się na horyzoncie jakieś opcje nowych przedstawień, także dla szkół.

A moje artystyczne plany, to ja wiem, ale nie powiem (śmiech)! Chce popierać nowe, młode projekty. Mam też teraz nowego agenta w Ameryce. I na pewno tam będą koncerty. Nie stworzę jednej sceny, nawet we Wrocławiu. Centrum nie ma być przecież forum promocji mojej osoby. Ma być forum spotkań i dialogu, łącząc lokalność, otwartość i europejskość. Ma inicjować wydarzenia kulturalne, ale i sympozja, międzynarodowe spotkania. Moja rola to rola inicjatora, promotora. Nie będę tam pracować dla pieniędzy.

Zachęcam do wyjścia ze swoimi projektami do innych miast, na pewno będzie duże zainteresowanie i ciepłe przyjęcie, pomimo kłopotów z dystrybucją i sprzedażą płyt.

Bardzo chętnie. Rzeczywiście, póki co mam problem. Robię coś i nie wiem, jak to sprzedać. Zawsze świetne recenzje, ale to za mało? Choćby ostatnia płyta. Cieszę się, że wydawnictwo z Krakowa (Tylko Muzyka) i Pan Wojciech Bażela zajmuje się sprzedażą i promocją. Dobrze się nam współpracuje. Wolę takie małe i zaufane wydawnictwo. Będę musiała szukać dystrybutorów także w Niemczech, Izraelu, Ameryce. Warto. Płyta wszystkim się podoba, śpiewają, zwłaszcza małym dzieciom. Nie tylko do niej tańczą, śpiewają w jidysz! Chciałabym rozszerzyć jej dystrybucję.

Dziękuje bardzo za rozmowę i życzę powodzenia w realizacji Pani planów!