Wenus z Drohobycza

Wenus z Drohobycza Włodzimierz Bolecki

Łapczywie chwytam wszystko, co wychodzi o Schulzu, choć niektóre teorie na jego temat przyjmuję z niepomiernym zdumieniem. Są nie tyle niezwykłe, co dziwaczne.

 

Artur Sandauer twierdził, że śmierć Schulza była przejawem jego masochizmu - rodzajem samobójstwa, którego Schulz podświadomie szukał, na które sam się wystawił. Ot - masochistyczny, psychoanalityczny akt.

 

Schulz miał zaburzenia nastroju, jego życiem rządził lęk. Bał się wyjazdu do Warszawy, wspólnego tam życia z Szelińską; depresja trzymała go w czterech ścianach domu i rodzimym mieście. Podobnie bał się ucieczki z drohobyckiego getta, choćby za cenę ratowania życia. Opóźniał przygotowany przez warszawskich przyjaciół wyjazd.

 

Jego śmierć była wypadkową zwlekania z ucieczką i zwykłego pecha - ot, znalazł się w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwym czasie. Oprócz depresji blokowała go troska o bliskich, a także przemożna chęć ocalenia artystycznego dorobku życia - rozdysponowania listów, zapisków, grafik i rysunków pomiędzy zaufanych depozytariuszy.

 

Czy to awangardowa twórczość Schulza wymusza równie “awangardowe” interpretacje; tak owej twórczości, cech osobowości autora, jak i faktów z jego życia? Dlaczego tak bardzo dba się o - często fałszywie pojmowane morale artysty, które powinno pozostać nieskazitelne? Wszak talent i charakter nie muszą iść w parze. Artysta i człowiek to dwie różne jednostki.

 

Artur Sandauer nadinterpretował masochizm Schulza, z kolei Włodzimierz Bolecki rozpaczliwie mu zaprzecza. Zaprzecza czemuś, co w XXI wieku nie powinno być ani wstydliwe, ani bulwersujące.

 

Uważa, że na swoich rysunkach Schulz przedstawia świat sacrum - być może jako wyraz niezgody na zepsucie Drohobycza. Pełzający u stóp kobiet mężczyzna i obecna na wielu rysunkach misa to - według Boleckiego - odniesienia do historii Salome.

 

Schulz miał ambiwalentny stosunek do kobiet. Dzielił je na dwie kategorie: Muz i dziwek. Inspirację, uwielbienie, porozumienie duchowe i intelektualne oddzielał grubą kreską od seksu. Bał się kobiet, a już na pewno kobiet “na życie”.

 

Powiedzmy to wreszcie wprost - Schulz był masochistą, a jego skłonności tylko pogłębiały rozdźwięk jak wyżej. Masochistą i fetyszystą. Stopa, bucik, noga w pończosze… Amen. Zaś rzekoma taca Salome? Toż to zwykła miednica w burdelu! Klient przed stosunkiem musiał dokonać stosownej ablucji.

 

Podobno to psychologowie wszystko komplikują… Nie w przypadku Brunona Schulza.

 

Jednak warto sięgnąć po “Wenus…” Boleckiego. Żeby finalnie odrzucić wszystkie opinie na temat Schulza; wszystkie interpretacje jego twórczości; by... sięgnąć do źródeł - po oryginał i… za dużo nie myśląc - śmiało wejść do jego “Sklepów…” i jego “Sanatorium...”

 

Warto przeczytać książkę Boleckiego chociażby dla suplementu - życiorysu Schulza. Nawet jeśli to tylko zestawienie cytatów z innych źródeł. Mogę je czytać w nieskończoność.

 

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa słowo/obraz terytoria.

 


Polecane