Święte prawo

Święte prawo Iwona Szpala, Małgorzata Zubik

Wszystko trzeba robić mądrze. Oddawać zagrabione też. Tego właśnie zabrakło w Polsce po 1989 roku, kiedy to magiczne słowo “reprywatyzacja” rozgrzało niejedną głowę i niejedno serce. Dla prawowitych potomków właścicieli przedwojennych nieruchomości zadźwięczało nadzieją na odroczoną w czasie sprawiedliwość; dla pazernych prawników i oszustów - okazją na zrobienie interesu życia. Lokatorów mieszkań komunalnych zmusiło do poszukania sobie nowego dachu nad głową, lub do walki o pozostanie w przydzielonych za komuny kwaterach.

 

“Święte prawo własności” - jak niejedna słuszna i szlachetna idea uległo wypaczeniu. Bo gdy nie wiadomo o co chodzi - chodzi o pieniądze. Nie byle gdzie - w samej przecież stolycy! Wieloletnie śledztwo w tej sprawie dziennikarek Iwony Szpali i Małgorzaty Zubik - publikowane “w odcinkach” na łamach “Gazety Wyborczej” właśnie doczekało się wydania książkowego. Powieść detektywistyczna, kryminał i thriller w jednym - oto, co otrzymuje czytelnik. Do tego gorzką satyrę na urzędników. Jak zawsze prawda przerosła fikcję.

 

“Święte prawo” to także, obszerniejsza niż mogłoby się wydawać, fascynująca biografia kilku przedwojennych kamienic, placów, firm - nie tylko budynków, także ludzi - przedsiębiorców, właścicieli i ich rodzin - tych, którym się powiodło i którzy wszystko stracili.

 

Po wojnie komuniści - na mocy tzw. Dekretu Bieruta przejmowali prywatne grunty, uzasadniając to koniecznością odbudowy Warszawy. Dawni właściciele mogli zgłaszać roszczenia, licząc na teren zastępczy, lub odszkodowanie. Tyle, że nowa władza nigdy nie uchwaliła stosownych rozporządzeń. Mało tego - zagrabiła także ocalałe z wojennej pożogi budynki. Bardziej reprezentacyjne zatrzymała dla siebie, gorsze rozdzieliła wśród lokatorów z kwaterunku.

 

Ludzie ci, lub ich bliscy dożyli czasów reprywatyzacji, którą śmiało można określić mianem “dzikiej”. Także dzisiaj nie reguluje jej żadna ustawa. Jakich zatem dopuszczono się nadużyć? Bo że w takiej sytuacji musiały wystąpić, to rzecz oczywista.

 

Oto pierwsza z metod - “na łowcę roszczeń”. Znaleźć dawnego właściciela, lub jego spadkobierców. Za grosze skupić od nich prawa reprywatyzacyjne. Wszak “zwykły” człowiek niczego w urzędach nie załatwi. Obowiązują tzw. układy - istna szachownica przekupstw, zależności i przysług.

 

Metoda “na kuratora duchów”. Skuteczna, gdy nie sposób dotrzeć do dawnych właścicieli. Trzeba ich wymyślić, lub wskrzesić i zostać prawnym reprezentantem interesów osób poszkodowanych. Zanim nieruchomość uda się odzyskać, można pozwać miasto za zwłokę w jej użytkowaniu i wynikające z tego finansowe straty.

 

W przedwojennej Polsce istniała także własność spółek. Oczywiście podlegały nacjonalizacji, ale jeśli władza ludowa nie wykreśliła ich z rejestru handlowego, to - uśpione trwały. Stąd metoda “na reaktywowanie spółki”, której papiery wartościowe można nabyć na internetowej aukcji, lub targu staroci.

 

Cóż z tego, że poniewczasie niektórym procederom położono kres. Cóż z tego, że w końcu ten i ów oszust stanął przed sądem. Miało być sprawiedliwie, a wyszło jak zawsze. I tylko pięknych kamienic żal...

 

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

 


Polecane