Oszpicyn

Oszpicyn Krzysztof Zajas

Długo zastanawiałam się, czy sięgnąć po “Oszpicyn”. Horroro-thrillery z duchami w tle to nie moje czytelnicze klimaty. Jednak kuszące wydały się tematyka żydowska i rodzinne miasto jako miejsce akcji. Cieszę się, że zaryzykowałam, a może tylko zaufałam intuicji? Wprost nie mogłam oderwać się od lektury, fascynującej i trzymającej w napięciu przez całe pięćset pięćdziesiąt pięć stron.

 

Książka wiernie oddaje topografię miasta. To duży smaczek dla każdego, kto je zna; jeszcze większy dla kogoś, kto się tam urodził, wychował, chodził do tamtejszego liceum i po tamtejszych ulicach. Wiele nazw jest prawdziwych, a zmienione dane łatwo zdekodować. Dla mnie lektura “Oszpicyna” to była także podróż sentymentalna.  

 

Oszpicin w języku jidysz oznacza “gości”, a także żydowską nazwę Oświęcimia. Czy był gościnny dla przybyszy w kipach? Zapewne tak, skoro obecność Żydów datuje się tutaj nieprzerwanie od XVI wieku aż do wybuchu II wojny światowej, kiedy to Oświęcim - już jako Auschwitz stał się symbolem Zagłady.

 

To miasto naznacza, bo miały tu miejsce niewyobrażalny dramat, niewyobrażalna zbrodnia, niewyobrażalne cierpienie. Z drugiej strony żyje się w Oświęcimiu normalnie, bo - po pierwsze - przed wojną to było normalne miasto; po drugie - jak zauważyła kiedyś moja znajoma - nie sposób cały czas pamiętać, że ma się na nogach buty.

 

I tak zapewne bywa w przypadku przyzwoitych ludzi, którzy zawsze i wszędzie mogą żyć w spokoju. Innych, którzy mają nieczyste sumienie - owe przysłowiowe buty uwierają, a jeśli nie, trzeba Wyższej Sprawiedliwości. Jej wykonawcą okazuje się Wojciech Jaromin - dziennikarz podążający tropem dziwnych morderstw, szczurzej plagi, zaginięć dzieci i pożydowskiego złota. Zaraz na początku swojej misji słyszy słowa starego Cygana: “Pilnuj dzieci… ziemi… Spiesz się.”

 

To oczywiście fikcja literacka, ale w każdej fikcji tkwi ziarno prawdy. Choćby “tylko” takiej, że na cudzej krzywdzie nie zbuduje się szczęścia. Kopacze, donosiciele, szmalcownicy, zdrajcy… Wszyscy stają przed oczami podczas lektury “Oszpicyna”, zlewając się w jeden wielki archetyp łajdaka.

 

Czy uda się oczyścić umysł czytelnika jak miasto od plagi szczurów? A co z jego duszą, sumieniem? “Powierzchnia świata była piękna, ale nas w tej chwili bardziej interesowało to, co pod spodem.” Jak do tego dotrzeć? Co zrobić?

 

“(...) przestać myśleć o ryciu za złotem, a zacząć ryć w przeszłości za prawdą (...) nie da się odciąć od przeszłości bez wyrównania rachunków…” Teoria nieuświadomionej winy i odpowiedzialności za czyny przodków przenosi czytelnika w sam środek sesji metodą Ustawień Rodzinnych Berta Hellingera.

 

Trzeba przyznać Autorowi, że “Oszpicyn” to świetnie poprowadzona terapia.


Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Marginesy.

 


Polecane