Dom cioci Lusi

Dom cioci Lusi Krzysztof Stręcioch

Moje dzieciństwo przypadło na czas tzw. Komuny - epokę wszelkich niedostatków: od wolności począwszy, na papierze toaletowym skończywszy.

 

Jeden brak okazał się szczególnie dotkliwy: brak książek. Nowych, pachnących farbą drukarską, szeleszczących jak liście, panoszących się na regałach, których zawsze za mało.

 

To księgarnia, nie biblioteka była miejscem magicznym, kultowym i… pustym jak bęben turecki. O, przepraszam! Na półkach, w witrynach i na wystawie nie brakowało Dzieł Wszystkich Lenina, jako i rosyjskich elementarzy. Nawet lubiłam, ku oburzeniu mojej mamy, dziwne literki i kolorowe ilustracje na dobrym gatunkowo papierze.

 

Jedyną innością, o jakiej słyszało dziecko mojego pokolenia był Murzynek Bambo z wierszyka Tuwima, a ja - wyjątek - całkiem sporo wiedziałam o Żydach. Od mamy - uczestniczki kursu na przewodnika w Auschwitz-Birkenau. Temat - oględnie mówiąc - poruszany dyskretnie i jedynie w domowym zaciszu, wszak o Żydach się nie mówiło.

 

To było wiele, wiele lat temu, a dziś… Spełniło się życzenie Tuwima… może nawet więcej niż jedno? Do polskich szkół chodzą dzieci różnych narodowości, są także szkoły dla obcokrajowców, szkoły i przedszkola żydowskie.

 

Księgarnie pełne książek!, z jakże bogatym działem Współczesnej Literatury Dziecięcej. Na takiej właśnie półce pod koniec sierpnia stanął “Dom cioci Lusi” - esencja żydowskiego losu dla naprawdę małych (kilkuletnich) brzdąców.

 

Kiedy zacząć rozmawiać z dziećmi o Holokauście? Krzysztof Stręcioch twierdzi, że jak najwcześniej. Nie wiek stanowi problem, jedynie rodzaj przekazu. “Dom cioci Lusi” spieszy z pomocą.

 

Powiem tyle: solidny dom, a Wy interpretujcie moje słowa, jak chcecie.  

 

Aleksandra Buchaniec-Bartczak

Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Adamada.

 


Polecane