"Polska to dużo więcej"

"Polska to dużo więcej" Z rabinem Yehoshuą Ellisem rozmawia dla Forum Żydów Polskich i Stowarzyszenia 614. Przykazania Paweł Jędrzejewski

 

Fot. Julia M. Koszewska
 

- Pan, Rabinie, przyjechał do Polski, ze Stanów Zjednoczonych, z Kansas. Samo to już zasługuje na opowieść. Tak po prostu z Kansas do Katowic?

- Nie. Moja obecność w Polsce ma już swoją małą historię. Do Polski przyjechałem po raz pierwszy prawie dziesięć lat temu. W roku 2003. Spędziłem tu rok. Byłem wolontariuszem w JDC (American Jewish Joint Distribution Committee).

- Dlaczego JDC i dlaczego akurat do Polski?

- O, to długa historia! 

- Ale gdy wyjaśnia, w jaki sposób Żyd z Kansas zostaje rabinem w Katowicach, to warta jest opowiedzenia.

- Najpierw sprawa mojego zaangażowania się w działalność JDC:  to była rodzinna tradycja.  Tradycja wolontariatu. Rodzice zawsze pełnili jakieś istotne funkcje w żydowskich organizacjach, byli bardzo aktywni. Od dziewiątego roku życia byłem w skautach. W liceum pracowałem w różnych organizacjach służących żydowskiej społeczności.  Po studiach zastanawiałem się nad wstąpieniem do Korpusu Pokoju.

- A co i gdzie Pan studiował?

- W Kolorado (Naropa University w Boulder) i w Nowym Jorku. Studiowałem kreatywne pisanie. Poezja i proza. Na marginesie: Jestem bardzo dumny z nazwy mojej uczelni - The Jack Kerouac School of Disembodied Poetics. Jednym z jej założycieli był Allen Ginsberg.

-  Powiedział Pan, Rabinie, że w rodzinie była silna tradycja wolontariatu. To bardzo żydowskie. Czy Pana rodzina była religijna?

- Wychowałem się w konserwatywnym domu, chodziłem do żydowskiej szkoły. Zresztą z tego powodu przeżywałem w pewnym momencie dzieciństwa poważny kryzys światopoglądowy, dotyczący religii. Gdy w szkole dowiedziałem się, że Bóg wymaga przestrzegania 613 micwot i żadne nie zostały odwołane, zacząłem się zastanawiać krytycznie nad naszym trybem życia. W domu przestrzegaliśmy kaszrutu [zasad koszerności], ale jadaliśmy  przecież także w zwykłych restauracjach. Zawsze obchodziliśmy Szabat w domu mojej babci, zapalane były świece, odmawiany Kidusz, ale później jechaliśmy samochodem do domu.

- Dostrzegł Pan sprzeczność?

- Więcej: obudził się we mnie mały fundamentalista. Nie mogłem się z tym pogodzić. Albo obowiązują wszystkie przykazania, albo żadne nie ma wartości – myślałem. Wszystko albo nic. Coś pośrodku, ani czarne, ani białe - nie ma sensu. Nic nie znaczy. Czułem, że muszę koniecznie wybrać albo jedno, albo drugie. Moje życie wydawało mi się nieprawdziwe.

- Ile Pan miał wtedy lat?

- Dwanaście. I właśnie dlatego nie dokonałem wtedy wyboru. Nie miałem metod, aby dokładnie zbadać problem. A później przyszedł moment dla mnie przełomowy: gdy miałem lat czternaście, nagle zmarł mój ojciec. I to wywołało kryzys mojej wiary. Zmawiałem za ojca Kadisz tak, jak nakazuje prawo religijne, ale już tylko dlatego, że mój ojciec chodził ze mną do synagogi odmawiać Kadisz za swojego ojca. I miałem wielki żal do Boga. Nawet więcej: gniew na Niego. Po roku żałoby postanowiłem nie chodzić do synagogi.

- Odszedł Pan od religii. A teraz rozmawiam z rabinem. Co więc stało się później w Pana życiu?

- Religia wróciła do mnie na uniwersytecie. Prowadziliśmy wtedy tzw. "akademickie rozmowy" na temat powstania wszechświata, Wielkiego Wybuchu, próbowaliśmy - jak to zazwyczaj robi się na pierwszym roku studiów wieczorami - wyjaśnić w kategoriach duchowych zagadnienia fizyki. I wtedy przyłapałem się na tym, że analizuję Big Bang w kategoriach maase bereszit [dzieła stworzenia] - pierwszego rozdziału Tory. W pierwszym momencie chciałem to powstrzymać, ale już za chwilę zrozumiałem: to jest przecież sposób, w jaki myślę. To jest moje myślenie. To jestem ja. Jeżeli  będę chciał to zmienić, przestanę być sobą. Myślę jak Żyd, więc jestem Żydem. Pogodziłem się z tym, ale to postawiło następne pytania.

- Czyli chyba w tej studenckiej rozmowie o sprawach Kosmosu na pierwszym roku studiów, decydowały się Pana losy, o czym wiemy z perspektywy dzisiejszej…

-  Na to wygląda. Gdybym wówczas wiedział, co decyzja spowoduje - że wybiorę pracę wolontariusza w JDC, że pojadę studiować w jesziwie w Izraelu, że zostanę rabinem i znajdę się tutaj - w Polsce, w Katowicach, pewnie bym się mocno przestraszył. Ale jeszcze wtedy nie wiedziałem, że chcę być religijnym Żydem. Chciałem być tylko Żydem. Chciałem być Żydem bez świętości. Bez Boga. Śmierć mojego ojca wciąż stała pomiędzy mną a Bogiem. Pogodziłem się z moim żydostwem, ale nie z Bogiem. Przekonałem się jednak w następnych latach, że bycie Żydem bez judaizmu nie jest możliwe. I pojechałem do Izraela. I nie czułem się tam dobrze. Potrzebowałem powrotu do Stanów, aby móc naprawdę wrócić do Izraela. Jest w Izraelu coś takiego, co skłania nas do spojrzenia w głęboki i nowy sposób na sprawy podstawowe.

- Potrzebował Pan powrotu do Ameryki, aby wrócić do Izraela? Co kryje się za tym stwierdzeniem?

- Krótka historia jednej soboty w Nowym Jorku. Miałem 20 lat, wróciłem do USA, zamieszkałem w Nowym Jorku. I pewnej soboty… Muszę jednak najpierw wyjaśnić: miałem wtedy znakomitą – tak wówczas uważałem - pracę. Osiągnąłem wszystko, co chciałem osiągnąć na tamtym etapie życia. Byłem modnym człowiekiem w modnym mieście, pracującym w modnym sklepie. Ale tamtej soboty, w tym wspaniałym sklepie, co chwilę patrzyłem na zegarek. Był to chyba najdłuższy dzień w moim życiu. Mijała minuta, dwie – a ja znów patrzyłem na zegarek i chciałem stamtąd wyjść. Wtedy przypomniałem sobie słowa mojego brata, który już poszedł drogą ortodoksyjnego Żyda: "Szabat powinien być dniem,  w którym nie istnieje czas".  „Tak” – myślałem – „dostaliśmy od Boga dzień, w którym zatrzymują się zegary, dzień w którym nie istnieje dla nas czas, a ja w Szabat zerkam na zegarek i czekam na koniec dnia. Moja żałosna sobota jest dokładnym przeciwieństwem Szabatu.” Od tego dnia zacząłem uświęcać Szabat.

- Muszę Panu powiedzieć, że od wielu osób słyszałem opowieści, w których właśnie poczucie utraty czegoś bardzo ważnego w nieobchodzony dzień Szabatu stawało się momentem zwrotnym w ich relacjach z judaizmem. Potwierdza to tezę tak istotną w żydowskim życiu, że Szabat to wielki dar od Boga.

- Zacząłem interesować się różnymi grupami religijnymi, przede wszystkim z Carlebach Shul. Zacząłem coraz głębiej zanurzać się w życiu żydowskim. Na studiach w Kolorado mieszkałem w akademiku z grupą kolegów. Przestrzegaliśmy Szabatu. Nie znaliśmy wystarczająco dobrze Halachy [religijnego prawa]. Z mojej dzisiejszej perspektywy wiem, że popełnialiśmy dużo błędów, ale zbliżałem się coraz bardziej do tego, co jest dziś. Pokochałem Szabat i żydowskie życie.

- Miał Pan nauczyciela?

- Duży wpływ wywarł wówczas na mnie rabin, dla którego pracowałem i który mnie uczył: Reb Zalman Schachter-Shalomi, urodzony przed II wojną światową w Żółkwi, w Polsce. Jego nazwałbym moim pierwszym rabinem. Nauczył mnie, jak w pełni wprowadzać judaizm w swoje życie. To był powolny proces. I tak też ja staram się nauczać ludzi w Katowicach. Że to jest proces i że wcale nie należy się spieszyć. I nauczył mnie jeszcze jednej ważnej rzeczy: że przykazania mają absolutne, uniwersalne znaczenie i sens, ale my wszyscy musimy starać się nadać im szczegółowy, bardzo osobisty sens w naszym własnym życiu.

- I pewnie wtedy powrócił Pan do rodzinnej tradycji wolontariatu? Bo to byłoby logiczne.

- Tak. Zaraz po studiach. Korpus Pokoju wyglądał atrakcyjnie, ale jak pogodzić pracę w tej organizacji z wymaganiami religijnymi? Dlatego zdecydowałem się  na JDC.

- I wtedy pomyślał Pan o Polsce?

- Jeszcze nie. Myślałem: Indie, Turcja. Po prostu egzotyka. Złożyłem podanie. W międzyczasie pracowałem w różnych organizacjach żydowskich. Ochrony środowiska, młodzieżowych. Prowadziłem letnie obozy. Pracowałem z dziećmi. I wreszcie któregoś dnia powiedziano mi,  a był to rok 2002, że jest możliwość wyjazdu do Polski. Po tygodniu sprawa została już przesądzona.

- Trudno określić Polskę mianem egzotycznego miejsca... szczególnie, gdy jest się z rolniczego Kansas. I tu, i tam - pola, pola.

- Bałem się trochę. To była wielka niewiadoma. Przyleciałem na rok. Był styczeń. Ciemno i zimno.

-  Co miał Pan wtedy robić dla JDC?

- Pracowałem w wielu miejscach. Moja rola nie była ograniczana, ani nadmiernie sprecyzowana. Zajmowałem się pracą ze studentami, z młodzieżą. Aby jakąkolwiek działalność uczynić sensowną i skuteczną, konieczna jest grupa ludzi nastawionych entuzjastycznie do celów działania. Moim zadaniem często bywało właśnie wzbudzanie entuzjazmu.

- Chyba te doświadczenia w pracy nad zachęcaniem ludzi do działania przydają się Panu w obecnej pracy?

- To jest dokładnie to, co chcę teraz zrobić w społeczności żydowskiej w Katowicach. Nie tylko organizować, ale także wzbudzać entuzjazm. Znaczna część moich obowiązków polegała na pracy z młodzieżą. Młodzieżą z Polskiej Unii Studentów Żydowskich (PUSŻ) i z krakowskiego Czulentu. Najpierw pojechałem do Krakowa na ślub jednego z moich przełożonych w organizacji. Spędziłem w Krakowie Szabat. Rabin Pecaric dał mi aliję [publiczne czytanie fragmentu Tory w Synagodze]. Jeździłem na obozy letnie i zimowe organizowane przez Fundację Laudera. Jeździłem do Łodzi, Gdańska, Szczecina, często wypełniając funkcję rabina. Wtedy było tylko dwóch rabinów w Polsce. Wówczas po raz pierwszy dostrzegłem zapotrzebowanie na nauczycieli judaizmu i rabinów w Polsce, jako coś, co poruszyło mnie osobiście.  Zwierzyłem się z tego rabinowi Josephowi Kanofsky’emu, który był Dyrektorem Fundacji Ronalda S. Laudera w Warszawie. Powiedziałem: chciałbym zostać rabinem, albo nauczycielem, ale jeszcze nie wiem, którym z nich. Odpowiedział: „Jest wielu marnych rabinów i nie ma wielu dobrych nauczycieli”. Więc zdecydowałem się na zostanie edukatorem.

- A więc jeszcze nie rabinem?

- Jeszcze do tego nie dojrzałem. Poleciałem do Izraela, starać się o przyjęcie na studia, odbyłem tam rozmowy wstępne, ale nie zostałem przyjęty. Jednak wtedy zrozumiałem rzecz bardzo ważną: że muszę wrócić do Izraela, że muszę zostać w Jerozolimie i tu uczyć się Tory. Jeżeli chcę się uczyć, to żadne inne miejsce na świecie nie jest lepsze do nauki Tory, niż Jerozolima.

- Czy kontakty Pana z Polską wówczas się urwały?

- Nie. Wróciłem na lato do Polski, a później znów pojechałem do Izraela, znalazłem jesziwę i zacząłem studia. Na początku było trudno. Ale mój nauczyciel cytował często Gaona z Wilna: "Każdy początek jest trudny. Jeżeli nie jest trudny, to nie jest początkiem". W jesziwie spędziłem 4 wspaniałe lata. A później jeszcze dwa następne lata nauki, aby otrzymać rabinacką smichę [uprawnienia rabinackie]. Ale Polska mnie nie opuszczała.

- Nawet wtedy, gdy był Pan w Jerozolimie i studiował?

- Właśnie wtedy. Bo już w połowie pierwszego roku moich studiów pewnego dnia zadzwonił do mnie rabin Michael Schudrich. W Krakowie nie było już w tamtym czasie rabina Sachy Pecarica. I nie miał kto czytać Tory w synagodze w święto Szawuot. Rabin Schudrich zapytał, czy dam radę? Zgodziłem się. I tak wróciłem do Polski. Później znów za kilka miesięcy na święto Sukot. I znów. Zacząłem też współpracować z Czulentem. Wracałem trzy razy do roku. Gdy zaczynałem jesziwę nie myślałem jeszcze o Polsce, ale te powroty przekonały mnie ostatecznie, że to jest bardzo ważna rzecz dla mnie, bo jestem tu potrzebny. I że mam potrzebne cechy, aby tu pracować. Nie wszyscy je mają. 

- Rabinie, Pana żona jest stąd, z Bytomia. Czy ten fakt miał wpływ na Pana obecność tutaj?

- Fakt, że moja żona jest stąd, ze Śląska ułatwia sprawę, ale także czyni wszystko w jakimś sensie trudniejszym. Bo wciąż uczę się języka i nie do końca rozumiem niektóre sprawy, a ona to wszystko rozumie lepiej ode mnie, i to stanowi dodatkowe wyzwanie. Jednak decyzję o przyjeździe do Polski podjąłem bez wiedzy, że moja żona jest stąd, ale na fakt, że jestem w Katowicach moje małżeństwo ma niewątpliwie wpływ. Jednak przede wszystkim jestem tutaj, bo zostałem o to poproszony.

- Czyli Pana związki z Polską są szczególnie silne: ponad roczny stały pobyt, praca, wielokrotne powroty, rodzina…

- To jest jeszcze więcej, niż Pan wymienił. Dużo więcej. Związek, jaki czuję z tym miejscem, z Polską, jest poza moją zdolnością do wyrażenia. Nie wiem nawet, czy sam go do końca rozumiem, ale wiem, że jest bardzo silny.

- Czy może z powodu świadomości Holocaustu? Rozmawiamy przecież zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz.

- Myślę, że to jest nawet coś więcej. Po raz pierwszy zetknąłem się z tematyką Holocaustu w dzieciństwie. Czytałem książki o Holocauście, także książki dla dzieci. Jedną z nich była „Maus” Spigelmana. I gdy jechałem pierwszy raz do Katowic pociągiem, zobaczyłem przez okno nazwę stacji: Sosnowiec. To słowo mnie poruszyło. „Sosnowiec” - przecież stąd pochodziła rodzina Spigelmana!

W Stanach często pada pytanie: „Jak możesz pracować w Polsce? Przecież tam jest tak dużo śmierci, tak dużo tuma - skażenia rytualnego?”

-  Co Pan na nie odpowiada?

Katowice_synagoga.jpg
Katowicka synagoga
zniszczona przez Niemców we wrześniu 1939 roku


- Że, oczywiście, Szoah wciąż wisi nad naszą świadomością, nad naszą pamięcią. Spójrzmy choćby na ten obraz na ścianie. To wspaniała katowicka synagoga. Stała kilkaset metrów od nas. Spalona przez Niemców zaraz na początku wojny. A tamten przedstawia pomnik w miejscu, gdzie było getto. Tak, to jest wokół nas, nawet bez tych obrazów. Ale że przecież to nie wszystko. Jest tu dużo, dużo więcej. Polska to znacznie więcej. Jest w Polsce tyle keduszy, tyle świętości. Zarówno w ludziach, którzy oczekują powrotu judaizmu jak i w pamięci tego prawie tysiąca lat żydowskiej obecności w Polsce. Wcale nie obecności polegającej tylko na przetrwaniu, ale na wspaniałym rozwoju i bogatej historii.

- Tu rozkwitała myśl judaizmu, tu istniały wspaniałe ośrodki nauki, tu narodził się chasydyzm, tu tworzyli wielcy talmudyści, tu Żydzi mieli w pewnych okresach własną administrację i sądownictwo…

- Tak. Żydzi stworzyli tu duchową budowlę, z którą nie mogą się równać dokonania żadnego innego miejsca na ziemi, z jedynym wyjątkiem - Izraela. Nie ma już ludzi, nie ma już budynków - synagog i domów modlitwy, ale duch wciąż trwa. Mamy wciąż związek z tym duchowym dorobkiem, z duchową spuścizną. I możemy nawiązać z nimi kontakt, poprzez praktykowanie tych samych zwyczajów, angażowanie się w naukę Tory, przez stwarzanie żydowskiej społeczności. Robiąc to wszystko dotykamy tych wieków miłości, mądrości, życia według praw Tory,  oczekiwania ...

- Pan, Rabinie, ożenił się z Bytomianką na krótko przed przyjazdem do Katowic?

- Ogromna liczba naszych przyjaciół z Polski była na naszym ślubie w Jerozolimie, gdzie moja żona studiowała. Udzielał go nam rabin Schudrich. Wtedy już wiedzieliśmy, że wrócimy do Polski i że będziemy pracować tutaj. Po dwóch latach studiów i częstych przyjazdów do Polski, w sierpniu ubiegłego roku wróciliśmy, aby już tu zostać. Wiedzieliśmy już od roku, że wracamy, aby zamieszkać w Katowicach, dlatego że tutejsza społeczność nas poprosiła. W rozmowach z rabinem Schudrichem zgodziliśmy się, że Katowice będą dobrym miejscem, gdzie możemy zdziałać najwięcej dobrego.

- Znalazłem w Internecie taki krótki opis (tłumaczenie z angielskiego): “Katowicka społeczność Żydowska ukonstytuowała się oficjalnie w roku 1866. Ten [dziś] mały ośrodek kierowany jest przez garść odważnych osób jako dom modlitwy i prowadzi także jedyną w mieście kuchnię koszerną. Ochotnicy oferują rozwożenie koszernych posiłków do osób starszych i chorych i opiekują się dwudziestoma żydowskimi cmentarzami w tym rejonie”. W roku 1930  liczba Żydów w samych Katowicach wynosiła ponad 9000. Dobrze wiemy, co było później. Ilu Żydów mieszka w Katowicach dziś?

- Liczba Żydów liczonych w Polsce to z reguły nie jest prosta sprawa. Mówi się, że w Katowicach mieszka około 200 Żydów. Nigdy nie widziałem tej liczby osób zebranych w jednym miejscu. A przecież nasza społeczność  to jednak nie tylko Katowice: to cały Górny Śląsk i Zagłębie. Liczba Żydów jest zapewne dziesięciokrotnie większa. Po II wojnie światowej te tereny przyjęły Żydów z dawnej Galicji. Nawet po potwornościach Holocaustu, ze względu na intensywne życie gospodarcze na Śląsku, obecność Żydów była tu stosunkowo mocna aż do fali emigracji pomarcowej (68-69).

- Katowice nigdy nie miały wielkiej liczebnie społeczności żydowskiej, ale  odegrały ważną rolę w żydowskiej historii. Wystarczy wspomnieć o międzynarodowej Katowickiej Konferencji Przedstawicieli Ruchu Hovevei Zion (Miłośników Syjonu), którą Leon Pinsker zorganizował w roku 1884. Jego celem była budowa własnego państwa. Konferencja katowicka to był tak ważny krok w historii, że czasami mówi się, iż  „Izrael powstał w Katowicach”.

- Mam pełną świadomość, jak intensywne było tu żydowskie życie w okresie przedwojennym, a także już w końcu XIX wieku. Wiem więcej o okresie po III Powstaniu Śląskim, niż o czasach, gdy Katowice należały do Niemiec. Studiowałem ten temat. Istniała tu stosunkowo duża liczba żydowskich organizacji edukacyjnych, charytatywnych, kulturalnych, sportowych. Organizacji kobiecych i młodzieżowych. No i oczywiście syjonistycznych. Nawet w okresie komunistycznym istniały żydowskie organizacje, w zasadzie do późnych lat sześćdziesiątych.

- Jaki ma Pan plan działania i jak już działa?

- Podczas studiów otrzymałem przede wszystkim przygotowanie do tego, jak dbać o potrzeby istniejącej gminy. Tu jednak jest  większe wyzwanie, bo to, czego potrzeba najbardziej, to umiejętność budowania. A to jest zupełnie inna sprawa.

Oczywiście, istnieją narzędzia i specjalne metody do realizowania takiego celu, ale mam świadomość, że bardzo ważna jest po prostu osobowość i ahawat Jisrael - umiłowanie Żydów. Mam listę członków gminy. Ponad sto nazwisk. Telefony części z nich. Gdy przyjechałem do Katowic, w każdy Szabat przychodziło do synagogi kilkanaście osób i mieliśmy jedynie nabożeństwo w sobotę rano. Zacząłem ten program powoli wzbogacać i teraz mamy pełny program szabatowy.

- Jak on wygląda?

- W piątek mamy Kabalat Szabat w stylu Carlebach i uroczystą kolację szabatową, a w sobotę - Szachrit, a po południu - Minchę później - Maariw i na zakończenie Szabatu - Hawdalę. Na początku okazało się, gdy zaproponowałem kolację szabatową, że nie ma pieniędzy. Radziliśmy sobie tym, co udało się zaoszczędzić z podawanych w tygodniu koszernych posiłków. Bo codziennie podajemy w gminie koszerny lunch, na który przychodzi do dziesięciu osób. Jednak w międzyczasie poleciałem jesienią z moją żoną na barmicwę mojego bratanka. Zatrzymaliśmy się na kilka dni w Nowym Jorku. I tam, w synagodze, jeden z jej członków - Ken Paskar, zainteresowany kim jestem i skąd, gdy dowiedział się, że z Polski, z Katowic - zaproponował, że będzie nas wspierał i umożliwi nam organizowanie najlepszych kolacji szabatowych, jakie tylko będą możliwe. „Prawdziwy Kabalat Szabat, to jest to, czego ludzie potrzebują. Coś, o czym ludzie mówią i co ich zachęca do przyjścia do gminy” - powiedział. I gdy podałem mu sumę, jaka jest potrzebna, dopytywał się, czy nie wymieniłem za niskiej. Troszczył się o to, aby potrawy szabatowe były takie, jak tradycja przykazuje i przede wszystkim smaczne.

- Nie mogłem przyjść w ostatni piątek, ale już słyszałem o jakichś szczególnie udanych pieczonych kurczakach…

- O, to moja teściowa przygotowuje znakomite kurczaki.

- Przychodzi więcej osób?

- Tak. Powoli pojawia się ich coraz więcej. Ostatnio ponad dwudziestu gości na Kabalat Szabat. I ten nasz nowojorski sponsor będzie to kontynuował. Znalazł też drugiego chętnego w swojej gminie – jest to Eli Weiss, kto zgodził się uczestniczyć w kosztach. To wytwarza dobrą atmosferę. W zeszły piątek, gdy skończyliśmy kolację, ludzie zostali. Były rozmowy, śpiewaliśmy razem. To stwarza środowisko, które zachęca członków gminy do uczestniczenia.

- Jednak udział w życiu gminy jest wciąż dość niewielki, gdy spojrzeć na liczby?

- Problemem nie jest liczba Żydów, ale fakt, że nie było ukształtowanego centrum środowiskowego. Staramy się więc stworzyć coś, co byłoby warte przychodzenia do gminy, co pozwalałoby się ludziom nawzajem poznać, zaprzyjaźnić. Na początku miałem pomysł, aby rozpocząć natychmiast nauczanie judaizmu, ale zorientowałem się, że nie należy się spieszyć. Ze zbyt wczesne działanie miałoby przeciwny do zamierzonego skutek. Gdyby część zapisała się na lekcje, a część nie, to od razu stworzyłby się niepotrzebny, niedobry podział. Zwłaszcza, że w zajęciach edukacyjnych mogłyby uczestniczyć osoby spoza gminy, a to byłby dodatkowy powód podziału. Staram się więc być ostrożny we wprowadzaniu nowych rzeczy, a raczej skupiam się na tym, co już istnieje, starając się to rozwinąć i wzbogacić. Na początek więc Szabat.

- A czy Pan Rabin przewiduje wykorzystanie do swoich celów Internetu? Pamiętajmy, że GOP jest terenem rozległym, przecież obszar gminy to nawet więcej niż sam  GOP. Wielkie odległości stanowią istotną trudność same w sobie.

- Myślę o założeniu strony internetowej, ale muszę wcześniej popracować nad moim polskim. Mamy stronę na Facebooku, której celem jest stworzenie internetowej społeczności i zbudowanie kontaktów między ludźmi w gminie. Często używam też telefonu. W każdą środę dzwonię do osób, których telefony mam i zapraszam je na Szabat. I  to pomaga. Mój polski jest jeszcze ubogi, ale nie na tyle, abym nie mógł zaprosić członków gminy i porozmawiać z nimi o tym, co mamy tu przygotowane na Szabat.

-  Wielu ludzi jeszcze po prostu nie wie o tym, co zaczyna dziać się w gminie?

- Tak. A ja chcę …  my chcemy dać znać ludziom, że jesteśmy tutaj, że na nich czekamy, że są dla nas ważni. Rabin musi szanować, ale też po prostu kochać swoją kongregację. A zadaniem Żydów w ogóle jest kochać się nawzajem. Dlatego zależy mi na kontaktach z każdym członkiem gminy i każdym Żydem, który jeszcze nie jest z nami.

- Co jest najważniejszym celem?

- Moim zadaniem jest stworzenie sprawnie funkcjonującej, żydowskiej społeczności. Społeczności zaspokajającej potrzeby religijne i kulturalne, kultywującej pamięć pokoleń Żydów, którzy żyli tu przed nami, opiekującej się cmentarzami żydowskimi. A także troszczącej się o potrzeby starszych członków gminy, w tym potrzeby wynikające ze stanu ich zdrowia, zwłaszcza tych, którym wiek nie pozwala na opuszczenie ich mieszkań. Chcemy utrzymywać z nimi kontakt, odwiedzać ich.

- Ilu seniorów liczy gmina?

- Około 75% członków gminy to ludzie starsi. Ci ludzie mają dorosłe dzieci, które nie mają kontaktu z gminą. Staramy się stworzyć tu takie miejsce i atmosferę, aby zainteresować także te osoby. Nawet jeżeli wiem o nich, to nie nawiązuję z nimi kontaktu, bo chcę, aby same tu przyszły.

Chciałbym, aby informacja o naszej działalności dotarła do nich przez ich rodziców i o to ich proszę. Dziś właśnie zadzwonił do mnie ktoś, z kim dotąd nie miałem kontaktu, bo jego rodzice powiedzieli mu, co dzieje się u nas w gminie. Wymieniliśmy adresy mailowe, będziemy w kontakcie.

Gdy dzieją się rzeczy nowe, wiadomość o nich dociera do nowych ludzi i może się okazać, że też są zainteresowani.

- Prowadzicie państwo koszerną kuchnię. Już samo to musi być w polskich warunkach dość trudnym zadaniem.

- Koszerna kuchnia działa od lat. Mięso otrzymujemy z Warszawy. Właśnie w przyszłym tygodniu wybieram się po koszerne produkty. Jeżeli pojadę własnym samochodem, to uda się zaoszczędzić kilkaset złotych, które musielibyśmy wydać na transport.

- Znów pojawia się idea wolontariatu w tym obrazie Rabina jadącego do Warszawy po koszerne mięso…

-  Tak, bo całe życie przekonywałem się raz za razem, jak dużo można zbudować na idei wolontariatu. To też jest jeden z moich celów: aby pokazać, jak ważne to jest w każdej społeczności. I znów wracam tu do tradycji rodzinnych, o których wspominałem na początku naszej rozmowy. I do społecznych idei judaizmu. W ogóle, mam świadomość, że moje działania tutaj, wszystko to, co robię i jak robię, postrzegane jest jako motywowane judaizmem. To oczywiste. Zdając sobie z tego sprawę, staram się być po prostu dobrym Żydem.

-  Rzeczywiście – to bardzo ważne. Zwłaszcza w sytuacji, gdy najbliższy inny rabin mieszka w Krakowie, a kolejny – we Wrocławiu.

 Życzę Panu, Rabinie, wiele sukcesów w pracy w Katowicach i dziękuję za rozmowę.

Katowice, styczeń 2011.

Fot. Julia M. Koszewska