O konwersji na judaizm

O konwersji na judaizm Z Barbarą Krawcowicz rozmawia Anka Grupińska. Dodatek: dwie notki z blogu "Haderech, czyli droga"

Anka Grupińska: Konwersja czyli...

Barbara Krawcowicz: Konwersja na judaizm, trzeba dodać dla jasności. Konwersja na judaizm to zasadniczo to samo, co konwersja na jakąkolwiek inną religię, czyli po prostu zmiana wyznania. Z jakiegoś na jakieś inne albo z żadnego na jakieś.

Nawrócenie czy przejście w tym przypadku na judaizm to zmiana, najkrócej rzecz ujmując, sposobu myślenia o świecie, zmiana religii, to zmiana swojego życia, swojej codzienności. Czy mam rację? Czy tak odczuwasz to, co się z Tobą w tej chwili dzieje?

Z zastrzeżeniem, że nie w tej kolejności. Jeśli wymieniałaś te trzy rzeczy w jakiejś hierarchi ważności, to bym ją dokładnie odwróciła. To znaczy, na pierwszym miejscu jest zmiana praktyki życia codziennego. Natomiast sposób myślenia o świecie... To trudno powiedzieć. W jakimś stopniu na pewno się zmienia, dlatego że jedną z części konwersji jest coraz mocniejsze poczucie przynależności do pewnego narodu - to zmienia perspektywę patrzenia na różne rzeczy. Ale tak najogólniej - myślenie o świecie - myślę, że niekoniecznie musi się zmienić.

No tak, jest tu taki haczyk, na który sama się złapałam, bo przecież z tego myślenia o świecie - Twojego i innych w podobnej sytuacji - wynika ta decyzja, prawda?

Tak, tak.

Żebyśmy mogli zrozumieć Twoją decyzję, powiedz, z jakiego domu pochodzisz, skąd wyniosłaś ten sposób myślenia o świecie, który był krokiem do podjęcia decyzji o konwersji.

Jeśli chodzi o coś, co wyniosłam z domu i co miało związek z moją decyzją dotyczącą konwersji, to na pewno kult książki. Wyszłam z domu, w którym jest kult słowa pisanego, wielki szacunek dla wykształcenia, w którym książka jest czymś ważnym. I z pewnością ten fakt - nie powiem, że w sposób naturalny, bo to wcale nie musi prowadzić do konwersji...

Kompletnie nie musi...

Ale jest tu związek, w moim przypadku. W centrum judaizmu jest księga, Tora jest wielością ksiąg i Księgą. I też jest kult mędrca. Mówi się, że prorok mędrca nie zastąpi.

Poza tym, to muszę powiedzieć, że z domu nie wyniosłam chyba nic takiego, co mogłoby mnie poprowadzić w stronę judaizmu. Nic poza otwartością na różne propozycje intelektualne czy nie tylko intelektualne, bo religia to coś znacznie więcej.

Mój dom w ogóle nie jest domem religijnym. W związku z tym nawet religijność jako taka nie jest czymś, co mogłam wynieść z domu. To było moje odkrycie już później, samodzielne.

Czyli Twoja decyzja o konwersji nie jest w żaden sposób rebelią wobec tego, co w domu się działo, czym w domu nasiąkałaś.

Nie, nie jest to ani rebelia, ani - jak w przypadku innych konwertytów, których znam - przypadek jakiegoś powrotu. Często jest tak, że to są osoby z małżeństw mieszanych, które w jakimś tam sensie wracają do judaizmu, wybierają drogę, którą ich rodzice odrzucili. W moim przypadku ani jedno ani drugie nie jest prawdą, ponieważ nie mam żadnych korzeni żydowskich.

W jakim momencie poczułaś, zrozumiałaś, że chcesz, że trzeba, że to jest ważne? Co się takiego stało? Gdzie był ten, z angielskiego mówiąc, trigger czy zapłon?

To była dość zabawna w sumie sytuacja. W pewnym momecie znalazłam się w Stanach Zjednoczonych, gdzie byłam na stypendium...

Możesz to sytuować jakoś w czasie?

To był rok akademicki 2002/2003. Byłam w Stanach, niewielkie miasteczko akademickie z niewielką i bardzo sympatyczną synagogą. I jakoś tak w pewnym momencie zaczęłam chodzić do tej synagogi. Pierwsza moja wizyta w synagodze to było właśnie tam. Było szalenie sympatycznie, bo akurat była ceremonia bar micwy, z której nie rozumiałam kompletnie nic. Siedziałam tam, byłam zachwycona, atmosfera mi się szalenie podobała, natomiast z tego wszystkiego, co się tam działo, nie rozumiałam ani słowa.

Coś mnie jednak tam ciągnęło i zaczęłam chodzić do synagogi w każdą sobotę. Potem wróciłam do Polski. I tak miesiąc minął, dwa miesiące, bez synagogi, bez modlitw i poczułam, że czegoś mi brakuje. Okazało się, że to nie było tak, że jadłam jakiś smakołyk i teraz okay, mogę żyć bez tego. Skończyła się czekolada, jedziemy dalej bez czekolady. Okazało się, że jest to coś, co jest mi potrzebne.

Nie zastanawiałam się specjalnie, dlaczego jest mi to potrzebne, bo stwierdziłam, że lepiej się nie zastanawiać tylko po prostu pójść za tym, co, że tak powiem, mi serce dyktuje.

To była synagoga reformowana?

Tak. Reformowana ale z jednym z tradycyjnym minjanem.

AG: Czy idąc do tej synagogi pierwszy raz, czy wiedziałaś cokolwiek o Żydach? Czy wiedziałaś cokolwiek o judaizmie?

Wiedziałam dość dużo. Jednym z powodów, żeby jechać na stypendium akurat tam, było to, że na tej uczelni jest dość duży program studiów żydowskich.

Wtedy koncentrowałam się przede wszystkim na Holokauście, którym z kolei zajmowałam się już od jakiegoś czasu. Pierwszą książkę na ten temat przeczytałam w liceum. I to jakoś tak wokół mnie ciągle chodziło. Najpierw był Holokaust, potem antysemityzm.

Natomiast nie zajmowałam się tym, co się dzieje teraz. Nie zajmowałam się współczesnością żydowską, nie zajmowałam się judaizmem.

Trafiłam do żywych Żydów przez martwych Żydów. Zaczęłam od przeszłości, od tragedii. Znajomy w którymś momencie zaproponował: idź do synagogi, zobacz, jak wyglądają żywi Żydzi.

Wydaje mi się, że zdecydowana większość ludzi, którzy w Polsce interesują się tematami żydowskimi, a nie są Żydami, trafiają do historii i współczesności żydowskiej poprzez śmierć, poprzez Zagładę. To niestety coś zupełnie oczywistego. Rozmawiamy o konwersji na judaizm, nie o konwersji na judaizm z chrześcijaństwa, ale właściwie, z niczego. Z domu niereligijnego, otwartego.

Tak. Jestem ochrzczona, jak większość Polaków, ale dla moich rodziców to była raczej sprawa tradycji, sprawa kulturowa bardziej niż religijna. I to był koniec. Resztę edukacji religijnej pozostawili mojej decyzji.

AG: A Ty żyłaś w tych szczęśliwych czasach bez religii w szkołach.

Mój ostatni rok podstawówki, wtedy religia weszła do szkół. I wybrałam się, z czystej ciekawości, ale nie zabawiłam długo. To był taki dość niefortunny moment, w którym bardzo wiele dyskutowało się w Polsce o aborcji. Nasza katechetka, zamiast rzeczywiście opowiadać nam o religii, o katolicyzmie, ciągle mówiła o aborcji, co na dłuższą metę było zupełnie nie do wytrzymania.

Nie chodziłaś nigdy do kościoła. To nie jest tak, że uczestniczyłaś w życiu społeczności chrześcijańskiej w jakiś sposób.

Był taki okres, że się zainteresowałam bardziej chrześcijaństwem. Najpierw w wydaniu katolickim i wtedy miałam wielką przyjemność i honor poznać księdza Tischnera, który nauczył mnie myśleć o Kościele w sposób inny niż taki prymitywny, tramwajowy antyklerykalizm. To zmieniło mój sposób myślenia o chrześcijaństwie, ale nie na tyle, żebym poczuła, że to jest moje miejsce.

Potem interesowałam się bardziej protestantyzmem. Ale to już było bardziej intelektualne. Studiowałam filozofię, zajmowałam się filozofią religii, więc siłą rzeczy czytałam różne teksty.

Pytam o ten pierwszy ogródek duchowy, z którego wyrastasz, bo powiedziałaś, że bardzo Ci zabrakło wizyt w synagodze po powrocie z Ameryki. Rozumiem, że zabrakło ci tej duchowości, która gdzieś w Tobie zaczęła wtedy pobrzmiewać. Zastanawiałam się, czy zabrakło ci tego, ponieważ zawsze miałaś w sobie taki potencjał pustego miejsca do wypełnienia czy też dlatego, że odrzuciłaś coś, co cię rozczarowało i chciałaś to miejsce czymś innym wypełnić.

Myślę, że raczej to pierwsze. Nigdy nie uczestniczyłam w życiu religijnym żadnego wyznania z taką intesywnością, jak to miało miejsce w przypadku judaizmu. Przyglądałam się różnym opcjom, ale w ograniczonym sensie - nigdy nie zastanawiałam się, na przykład, czy nie zostać buddystką. Coś mnie jednak w kierunku religii ciągnęło. Dlatego zresztą tym się zajmowałam i zajmuję w filozofii, też religią, a nie logiką matematyczną.

Nasza rozmowa jest właściwie o tożsamości. Czy sama dla siebie, po cichu na razie - bo jeszcze jesteś w trakcie procesu konwersji - określasz, nazywasz?

Nie nazywam siebie Żydówką. Nie jestem jeszcze Żydówką, to jest jasne. Koniec, kropka.

Ten problem tożsamości, samookreślenia, o którym mówisz, uderzył mnie najbardziej, jak byłam ostatnio w Jedwabnem. Byliśmy z grupą z gminy warszawskiej, w rocznicę, staliśmy razem, przy pomniku na terenie dawnej stodoły. I tak się przez moment zastanawiałam, jako kto ja tam jestem. Czy ja tam jestem jako Polka, czy jako Żydówka, czy jako przyszła Żydówka, czy jako nie do końca Polka, która właściwie nie wie, co ma ze sobą zrobić...

Nie mam rozstrzygnięcia. Uznałam, że to jest pytanie, które trzeba zawiesić. Zresztą tożsamość nie jest czymś, co się ma tylko coś, co się cały czas tworzy, co się cały czas buduje. Być może dopiero jak mnie będą kładli do trumny, to będę wiedziała, kim byłam.

Rozumiem, że taka prosta odpowiedź: "Jestem Basia Krawcowicz, człowiek, kobieta", nie jest wystarczająca.

Na pewno nie. Jestem cżłowiek, jestem kobieta, wszystko się zgadza, ale to nie wyczerpuje całości. Bo co to znaczy, że jestem człowiekiem? To tak dużo, że właściwie nic. Trzeba to jakoś bardziej szczegółowo określić.

Jak sądzisz, co dostaniesz, co pozyskasz po zakończeniu konwersji? Czym cię to dopełni?

Jak się zgodnie z tradycją uznaje w szabat będę dostawać dodatkową duszę, co na pewno będzie jakąś formą dopełnienia [śmiech].

Mówiąc zupełnie poważnie. To nie jest coś, co zastąpi moją obecną tożsamość, jakakolwiek by ona nie była. To jest coś dodatkowego, co przybędzie. Nie coś zamiast. Bo tego się nie da zastąpić. Ja nagle nie przestanę być Polką. Jakby to miało być możliwe? Wychowałam się na Mickiewiczu, a nie na Agnonie. To jest jasne.

Tak, dlatego ja pytam, o to, co dodatkowego dostaniesz, poza tą duszą w szabes.

Na pewno poczucie przynależności do narodu.

Jest ci ono potrzebne. Identyfikacja z polskim narodem nie jest wystarczająca czy ci nie odpowiada? Z czego to wynika?

Szczerze mówiąc nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

AG: To trzeba podkreślić. Rozmawiając o żydostwie, o konwersji rozmawiamy nie tylko o zmianie religii. Jeśli mówimy o przynależności do społeczności, do narodu, to jest to coś więcej niż religia. Pytanie więc brzmi: jeśli mówisz o przynależności, to o jakiej przynależności? O tej związanej i z religią, i z narodowością?

Jest pytanie, jak to w ogóle można rozdzielić. Czy to się da rozdzielić. Nie chcę w żaden sposób kwestionować tożsamości Żydów, którzy nie są religijni, bo nie mam do tego oczywiście żadnego prawa, a jest ich sporo i świetnie się z tym mają. Ale muszę powiedzieć, że ja sobie nie wyobrażam siebie w takiej sytuacji, że miałabym być Żydówką bez judaizmu. W mojej głowie jedno z drugim jest ściśle związane.

Czyli pierwsza sprawa to jest religia, a druga to identyfikacja ze społecznością żydowską, tu w Warszawie, z Żydami na całym świecie, nie wiem, czy z państwem Izrael.

Trochę się zawahałam... Że pierwsza rzecz to religia. Tak i nie, dlatego, że jednym z motywów, żeby w ogóle myśleć o konwersji, była właśnie chęć przynależności do narodu. Dla osoby, która się nie urodziła Żydem, konwersja to jedyny sposób, żeby wejść w ten naród. Może więc na samym początku bardziej myślałam o przynależności do narodu niż grona wyznawców.

Ale zakładam, że dla Ciebie taka przynależność do narodu była tożsama z jakąś deklaracją religijną.

Tak, myślę, że tak.

Czy to oznacza także, że jeśli pojawiasz się na ulicy Twardej w Warszawie, gdzie mamy te wszystkie instytucje żydowskie i widzisz kogoś, kto ma pejsy i kogoś, kto nie ma pejsów albo kobietę w krótszej spódnicy, to masz większe poczucie bliskości w stosunku do tego i nie w stosunku do kogoś innego?

Zawsze jest problem, jak się dochodzi do konkretnej, żywej osoby. Nie jest tak, żebym kochała i czuła się związana ze wszystkimi Żydami, których spotykam. Na pewno nie jest mi bliski judaizm w wydaniu ultraortodoksyjnym. Nie jest mi bliski judaizm pozbawiony tolerancji, na przykład w stosunku do innych Żydów, do Żydów w inny sposób realizujących swoje żydostwo, z czym się można spotkać. Są Żydzi, którzy innych Żydów uważają za gorszych. Z takim Żydem nie będę miała poczucia bliskości niezależnie od stopnia mojej własnej ortodoksji.

A świeccy Żydzi?

Tak, bo mamy mnóstwo takich samych zainteresowań, podobną wrażliwość. Łączy nas choćby to, że kiedy w autobusie słyszymy słowo "Żyd", to nam się uczy robią wielkie i zaczynamy nasłuchiwać, o co chodzi. To, że nawet jeśli ktoś się nie czuje szczególnie związany z Izraelem, to jak był zamach w Tel Awiwie, to my wszyscy o tym wiemy.

To przychodzi w sposób zupełnie naturalny.

Czas zapytać o rzecz może kluczową, to znaczy - jak taki proces konwersji wygląda? Jakie są kroki, etapy? Przez co Ty musisz, powinnaś, chcesz, nie chcesz przechodzić. Gdzie jest trud, gdzie jest przyjemnie?

W ogóle jest przyjemnie [śmiech] choć i jakoś trudno. To jest bardzo długi proces. Konwersja na judaizm z założenia trwa latami, to nie jest coś, co się robi w ciągu tygodnia czy roku.

Latami czyli mniej niż pięć, mniej niż dziesięć?

Koło pięciu czasem. Rabin Schudrich podaje średnio dwa, trzy lata i to jest moim zdaniem dość optymistyczne. Niektórzy rabini są gotowi przygotować do konwersji w ciągu jednego roku.

Moim zdaniem trzeba pamiętać, że konwersja - tak naprawdę - będzie trwała całe życie. Żydem człowiek się staje całe życie. Nie będzie tak, że ja się nagle obudzę rano i bęc, jestem Żydówką. Wczoraj wieczorem nie byłam, dzisiaj rano jestem. Takiego momentu nie będzie nigdy.

No tak, ale jest także pewien proces, który musisz przejść, żeby móc zostać, na przykład, członkinią gminy żydowskiej w Warszawie.

Żeby zostać członkiem gminy wystarczy mieć jednego dziadka Żyda, o czym wiele osób nie wie. Nie mniej, ja takiego dziadka nie mam, istotnie.

Zaczyna się od nauki

Nie, zaczyna się od czegoś innego. Zaczyna się od decyzji. I co robisz z tą decyzją? Idziesz do rabina, dzwonisz do gminy?

Ja poszłam do rabina po dwóch latach własnych rozmyślań i studiów. Już miałam własną Torę w domu, którą sobie studiowałam i tak dalej.

Decyzja, żeby pójść do rabina, wcale nie jest prosta. Trzeba być już dość mocno zdecydowanym, wiedzieć przynajmniej tyle, że się bardzo chce.

I idzie się do rabina, który - tradycyjnie - powinien trzy razy odmówić. To się dość rzadko zdarza, z tego, co wiem. Trzeba trafić na rzeczywiście bardzo ortodoksyjnego rabina, żeby tak zrobił.

Ale powiedzmy to zupełnie poważnie: jest taka zasada, którą respektują chyba wszyscy rabini, którzy mają do czynienia z potencjalnymi konwertytami. Mianowicie lewą ręką odpychają, prawą ręką przyciągają. Chodzi o to, żeby człowieka, który deklaruje jakąś gotowość czy wolę w pewnym sensie próbować, żeby to jego przekonanie było mocniejsze, silniejsze.

Z jednej strony chodzi właśnie o próbowanie kandytata. Z drugiej zaś o to, że judaizm nie jest, nigdy nie był i nigdy nie będzie religią misyjną. To nie jest religia, która szuka wyznawców, jak chrześcijaństwo.

Czyli jesteśmy u rabina, po tych dwóch latach.

Tak. Rabin na pewno nie zachęca. Takich słów nie usłyszałam, co mnie specjalnie nie zdziwiło.

A co usłyszałaś? Jak była pierwsza reakcja rabina Michaela Schudricha?

Pierwsze pytanie było oczywiście "dlaczego?"

I co odpowiedziałaś rabinowi?

Co ja powiedziałam... Na pewno o potrzebie przynależności i o tym, że przestrzeganie prawa, halachy, daje mi zwiększone poczucie sensowności codziennego życia.

No tak, to jest bardzo ważna sprawa. Z przynależnością do społeczności żydowskiej, z procesem konwersji wiąże się przebudowa swojej własnej codzienności. Jest mnóstwo zasad, przykazań, nakazów, które mniej lub bardziej religijny Żyd, Żyd związany ze swoją tradycją zobowiązany jest przestrzegać. Nie będziemy teraz robić wykładu, jakie to są zasady, ale rozumiem, że Ty zaczęłaś przynajmniej pewne z nich do swojego życia stosować.

Dokładnie. To oczywiście jest proces stopniowy. Nie wolno, tak sądzę przynajmniej, nie należy od siebie oczekiwać tutaj zbyt wiele. Tych reguł jest po pierwsze bardzo dużo i czas mija, zanim się ich człowiek nauczy. Trzeba czasu, żeby to ogarnąć. Nie wszystkie z nich są łatwe. Dość duża część bywa uciążliwa. W związku z tym, to się robi stopniowo.

Pamiętam, jak w którymś momencie zorientowałam się, że szabat zaczął dla mnie być czymś istotnym. Nie dlatego, że jakoś go szczególnie celebrowałam, ale po prostu zaczynał być dla mnie coraz ważniejszy. Pamiętam, jak kiedyś chciałam usiąść do komputera i... "o kurcze, przecież jest szabat". A potem "no to co, że jest szabat? przecież Ty nie jesteś jeszcze Żydówką". Takie miałam zamieszanie w głowie, ale to był jakiś znak, że te zasady zaczęły się internalizować.

I co zrobiłaś wtedy?

Wyłączyłam komputer. Ale muszę przyznać, że to jest dla mnie problem. Przestrzeganie szabatu, wielu rygorów związanych z szabatem.

Wróćmy do rabina. Jesteś u niego, słyszysz "raczej nie", odpowiadasz, że jednak tak. Mówisz, że chodzi o tę przynależność jako jeden z podstawowych motywów. I co dalej?

Rabin, jako że jest sympatycznym człowiekiem, uśmiecha się i poleca dalsze studia, dalszą naukę. To się generalnie w ten sposób odbywa i w gminie warszawskiej są zajęcia dla potencjalnych konwertytów, na które się powinno chodzić. Odbywają się one dwa razy w tygodniu. Są one obowiązkowe, ale jeśli uczęszczanie na nie jest niemożliwe z powodów obiektywnych, zawsze daje się znaleźć inne rozwiązanie. Ja studiuję sama, konsultując się z dość dużą ilością ludzi i często zawracając głowę rabinowi.

Na czym to studiowanie polega? Czy rabin mówi Ci, co masz przeczytać i na kiedy...

Czasem tak. Ale to nie jest szkółka.

Na przykład, z uwagi na to, że jestem kobietą, a prawo żydowskie jest nieco inne w przypadku kobiet i w przypadku mężczyzn, byłam bardzo zainteresowana tym, jakie zasady obowiązują kobiety, jaka jest sytuacja kobiet w judaizmie ortodoksyjnym, dlaczego tak, a nie inaczej. Spytałam więc rabina, gdzie mogę znaleźć informacje. Rabin wyciąga książkę z półki - proszę bardzo, tu znajdziesz informacje.

Czyli generalnie Ty chodzisz z pytaniami, to jest ten kierunek.

A poza tym szukam samodzielnie. Mnóstwo rzeczy przychodzi do głowy, kiedy się człowiek zagłębia w lektury i praktykę. I to jest też trochę przerażające, bo za każdym razem, jak się czegoś nauczysz, to się okazuje, że jest jeszcze sto pięćdziesiąt innych rzeczy, które też koniecznie trzeba poznać.

Nie jesteś sama w Warszawie w sensie takim, że są poza Tobą inne osoby w trakcie procesu konwersji. Czy to jest spora grupa?

Bardzo trudno to powiedzieć. Jest spora grupa osób, które przychodzą na zajęcia wprowadzające, ale nie da się powiedzieć, po pierwsze, ile z tych osób przejdzie cały proces, ani nawet ile chce go przejść. Tam nikt o to nie pyta. Na wykłady może przyjść każdy.

To może być świetna forma na studiowanie judaizmu.

Dokładnie. Tam przychodzą także ludzie, którzy konwersji nie planują tylko po prostu chcą się jak najwięcej dowiedzieć o tej religii.

Tak czy inaczej to nie są jakieś straszne tłumy.

Jak Twój świat, z którego pochodzisz, w którym wyrosłaś, jak on patrzy na Twoją konwersje? Twoi rodzice, przyjaciele, sąsiedzi...

Sąsiedzi nie wiedzą i może to i lepiej [śmiech]. Natomiast świat generalnie... Część reaguje z niedowierzaniem, ale to jest niedowierzanie nie związane z tym, że to jest akurat judaizm. Raczej coś w rodzaju "jak rozsądna osoba, proszę, filozofię studiowała tyle lat, po co jej w ogóle religia?", "jak w XXI wieku racjonalny człowiek może się takimi - za przeproszeniem - głupotami zajmować". To jest tego typu często reakcja. Nie zadaję sobie trudu, żeby z takim stanowiskiem polemizować, bo z nim się nie da polemizować.

Nie spotkałam się ze zdziwieniem, dlaczego judaizm, a nie coś innego.

A tak poza tym jest sympatia, życzliwe zainteresowanie, często z domieszką niezrozumienia, ale sympatyczne, jakby jakaś egzotyka.

Rodzice?

Rodzice pozytywnie, choć bez entuzjazmu, co wynika, jak sądzę, nie z niechęci do judaizmu, ale raczej z tego, że sami nie są ludźmi religijnymi. Wiedzą jednak, że sytuacja jest, jaka jest i w porządku. Wiedzą, że to jest moja decyzja, moje życie. Więc to nie jest problem.

A ci, do których drzwi pukasz czyli społeczność żydowska?

To jest różnie, wszędzie są różni ludzie, mniej i bardziej życzliwi... Generalnie jest tak, jak było z rabinem na początku. Nie usłyszy się raczej słowa zachęty.

Bardzo często jest zdziwienie, co mnie z kolei dziwiło na początku. To jest zdziwienie "o rany, jak ktoś może chcieć być Żydem?!" Taka reakcja z kolei mi odbierała mowę. Bo jak to, to ty jesteś Żydem i to jest jakiś problem dla ciebie? Traktujesz to jako formę kalectwa i się dziwisz, że ktoś też może chcieć być Żydem?

To do dzisiaj jest dla mnie dość dziwne, ale spotkałam się z takimi reakcjami, że raczej powinnam się cieszyć z tego, że Żydówką nie jestem.

Czy pojawia się pytanie "dlaczego?" tak bardzo jednoznacznie sformułowane?

Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek, poza rabinem Schudrichem mi zadał takie pytanie. Zdarzało się natomiast, że przy okazji jakichś innych spraw, ktoś dopytywał o moją motywację. Na przykład "dlaczego chcesz sobie utrudniać życie przez te wszystkie przykazania".

Możemy chyba odpowiedzieć, że nie sądzisz, że będziesz sobie utrudniała życie, tylko je sobie uporządkujesz.

Dokładnie, właśnie w ten sposób odpowiadam. Czasem mówię, że nie chodzi o to, żeby życie było łatwiejsze, ale o to, żeby w moich oczach ono miało sens. I jeśli za to trzeba jakąś cenę zapłacić, to oczywiście się ją płaci.

Jakie ceny jeszcze będziesz płacić, na tym poziomie zakazów?

No ten "nieszczęsny" szabat... [śmiech] To jest oczywiście wspaniały dzień w judaizmie, pełen radości, ale dla mnie jeszcze niełatwy. Ja jestem lekkim pracoholikiem, więc na przykład rezygnacja z pracy jest dla mnie problemem.

Ale może to jest bardzo piękna perspektywa, że nauczysz się odpoczywasz.

W ogóle idea szabatu jest bardzo piękna - że oddajemy świat Bogu z powrotem. Idea jest zupełnie fantastyczna, ale na takim praktycznym poziomie, mam z tym problem. Przychodzę do domu, robi się ciemno, a ja nie mogę włączyć światła... Nie można używać elektryczności.

To są czasem takie drobiazgi. Bardzo ważne jest, żeby przejść dokładnie tę drogę drobiazgów. Czasem ludzi porywa jakaś wielka idea, na przykład, że celem życia Żyda jest naprawa świata, tikun olam. Jakie to piękne i wzniosłe. Tylko zapominamy czasem o tym, że tikun olam polega między innymi na tym, że w szabat nie zapala się światła, na przestrzeganiu tych wszystkich zasad. To są małe drobiazgi, o które można się czasem potknąć. Patrząc na wielkie idee, tikun olam, fantastyczne życie, bliskość Boga, chasydzkie tańce, śpiewy i tak dalej, potkniesz się po drodze o jakąś tam wieprzowinę, o jakiś drobiazg, o którym z początku w ogóle nie myślisz.

Dlatego to musi trwać. I pięć lat, i sześć lat.

I na Twoja zgoda jest.

Tak. Na początku mnie to irytowało, jak usłyszałam trzy lata. Skandal! A teraz uważam, że i sześć, i dziesięć...

Na szczęście to rabin ocenia, czy kandydat jest już gotowy. Rabin decyduje ostatecznie o zanurzeniu w rytualnej łaźni. Całe szczęście, bo nie wiem, czy ja kiedykolwiek będę pewna, że jestem gotowa. Czy będzie taki moment, w którym z poczuciem absolutnej pewności stwierdzę: "tak, ja te wszystkie przykazania jestem gotowa przestrzegać i ich przestrzegam". Czy będę miała rzeczywiście tyle siły w sobie. Nie wiem.

A wybrałas już sobie imię?

Moim ulubionym jest Rut, z księgi Rut opowiadającej między innymi o kobiecie, która również była konwertytką.

Co takiego pięknego jest w tej księdze?

To w ogóle jest chyba moja ulubiona księga. Opowieść o kobiecie, która z miłości, z miłości do teściowej może, jakkolwiek nieprawdopodobnie to brzmi, staje się Żydówką. Która idzie za swoją teściową do Ziemi Jisraela.

W takim razie - dobrej drogi.

 

Haderech, czyli droga : Moja pierwsza alija

czwartek,31 lipca 2008

Ubiegły tydzień był dla mnie czasem pierwszych razów. Pierwszy raz bywa często doświadczeniem wyjątkowo silnym. Tak było i w moim przypadku, a samych przypadków było więcej niż jeden.

Pierwszy raz byłam w mykwie. Pierwszy raz byłam w Nowym Jorku. Pierwszy raz byłam na zupełnie cudownej Fire Island. Pierwszy raz publicznie błogosławiłam szabatowe świece. Pierwszy raz dostałam aliję do Tory...

W szabatowy poranek w synagodze czyta się przypadającą na dany tydzień parszę czyli fragment Pięcioksięgu. Parszę z kolei dzieli się na kilka fragmentów. Publicznemu odczytywaniu każdego z nich towarzyszy odpowiednie błogosławieństwo wypowiadane przed i po.

Szczegóły są różne w różnych synagogach. Może być tak, że każdy fragment czyta inna osoba i ona też recytuje stosowne brachot. Bywa i tak, że do czytania Tory jest jedna osoba, a inne wzywane są do recytacji błogosławieństw. Powody dla drugiego rozwiązania są dość proste - otóż nie każdy Żyd potrafi w odpowiedni sposób odczytywać tekst Tory ze zwoju (o tym, dlaczego tak jest i dlaczego wcale nie jest to proste przy innej okazji).

Wezwanie do Tory nazywa się aliją. Jest to wielki zaszczyt. Pierwsza alija to wielkie wydarzenie.

W synagogach tradycyjnych, ortodoksyjnych, alijot są zarezerwowane dla mężczyzn z powodów, które są dla mnie mocno kontrowersyjne. Talmud (Megilla 23a) stwierdza, że "nawet kobieta może czytać Torę" publicznie w synagodze. Gemara zastrzega jednak, że kobiety nie mają w zwyczaju tego robić z uwagi na "kawod hacibur" czyli honor zgromadzenia.

Dlaczego alija dla kobiety miałaby w jakiś sposób uwłaczać honorowi zebranych w synagodze?

Micwa studiowania Tory jest skierowana pod adresem mężczyzn. Innymi słowy, mężczyzna ma obowiązek Torę studiować. Kobieta może, ale nie musi tego robić. Pierwszeństwo w wypełnianiu micwot przypada tym, którzy mają obowiązek, a nie tym, którzy podejmują się wykonywać je z własnej woli.

Tradycyjne rozumowanie w związku z aliją dla kobiet jest zatem następujące: mamy zgromadzenie w synagodze. Zakładamy, że obecny jest minjan pojęty tradycyjnie, czyli grupa 10 dorosłych mężczyzn. Teoretycznie każdy z nich powinien być w stanie odczytywać Torę publicznie. Każdy z nich zatem jest dobrym kandydatem do alijii. Jeśli aliję dostanie kobieta, ma to rzekomo sugerować, że wśród obecnych mężczyn nie ma wystarczającej ilości dostatecznie wykształconych, co z kolei źle świadczy o społeczności. Ergo - wezwanie kobiety do Tory narusza kawod hacibur, honor zgromadzenia.

Nie ukrywam, że to rozumowanie zawsze uważałam za raczej głupie i po prostu obelżywe pod adresem kobiet. Wiem, że taka jest tradycja, podobnie jak wiem, że przez wieki kobietom w ogóle odmawiano prawa do studiowania Tory. Ale powiedzieć, że kobieta nie może otrzymać alijii, bo to narusza honor kogokowiek, to oświadczenie zwyczajnie piramidalne. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie - honor zgromadzenia naruszają ci, którzy nie potrafią przyznać, że kobieta nie tylko może być znakomicie wykształcona, ale dodatkowo może chcieć uczestniczyć w publicznym rytualnym życiu swojej społeczności.

Judaizm konserwatywny wprowadził zmiany w żydowskim prawie bazując na mniejszościowych opiniach zawartych w tradycyjnych źródłach. Kobieta liczy się do minjanu tak samo jak mężczyzna. Ma takie same prawa i obowiązki dotyczące modlitwy. Ma takie samo prawo do alijii, jak mężczyzna. Zdarzają się jednak i takie szule konserwatywne, w których bardziej tradycyjnie zorientowany rabin na aliję kobiety nie pozwoli.

W synagogach bardziej tradycyjnych, a zarazem bardziej wrażliwych na kwestie związane z pozycją kobiet, organizuje się czasem grupy wyłącznie kobiece - wtedy nie ma podobno problemu kawod hacibur. Według mnie jednak segregacja płciowa nie jest żadnym rozwiązaniem. Wprost przeciwnie - jest gettoizacją i zamiast problem rozwiązywać jedynie go pogłębia.

Synagoga, w której miałam pierwszą aliję, ortodoksyjna nie jest. Pracujący w niej rabin był członkiem beit dinu, z którym spotkałam się w ubiegły czwartek. Jest także moim bliskim znajomym. Kiedy w piątkowe popołudnie powiedział mi, że chciałby, żeby miała aliję w szabatowy poranek, odrobinę mnie przytkało. W sumie nie powinnam była być zaskoczona, ale byłam. W pierwszym momencie nie wiedziałam, co odpowiedzieć - dostać aliję to stanąć tuż koło zwoju Tory umieszczonym na specjalnym pulpicie, dostać aliję to wezwać wszystkich zgromadzonych do błogłosławieństwa, dostać aliję wreszcie to być publicznie wezwanym imieniem hebrajskim.

Dla mnie oznaczało to usłyszenie mojego nowego imienia pierwszy raz. Gabbai powiedział głośno: "Taamod Awital bat Awraham..." - "Powstań Awital bat Awraham..."

Trudno mi powiedzieć, który moment był najbardziej poruszający. Chyba wypowiedzenie pierwszych słów skierowanych do obecnych w synagodze - "Barchu et Haszem hameworach", "Błogosławcie Haszem, który jest błogosławiony". Zebrani odpowiedzieli: "Baruch Haszem hameworach leolam waed", "Błogosławiony Haszem, który jest błogosławiony na wieki".

Pierwszy raz mogłam publicznie wezwać innych Żydów do błogosławieństwa.

To ważny moment. Bo konwersja na judaizm nie jest tylko zmianą własnego życia, światopoglądu czy codziennej praktyki. Konwersja na judaizm jest przystąpieniem do społeczności, jest aktem przyjęcia konwertyty przez innych Żydów, aktem uznania konwertyty za jednego z nas. Żydem jest się nie tylko dla siebie, wobec siebie i Boga, ale również wobec innych Żydów. Z tego też powodu konwersji nie dokonuje się samemu - nie wystarczy sobie powiedzieć "Od dziś jestem Żydówką". To społeczność musi mnie przyjąć i uznać za Żydówkę. Dlatego konwersję nie tyle "się robi", co się "jej podlega".

Alija do Tory była dla mnie znakiem potwierdzenia tego, co stało się w czwartek - stałam przed zgromadzonymi w synagodze jako jedna z nich.

 

Haderech, czyli droga: Po dwóch latach

wtorek, 27 lipca 2010

W ostatni szabat przypadła druga rocznica mojej konwersji na judaizm. Sporo o tym myślałam zarówno w piątek, jak i w sobotę. W niedzielę spadły mi na głowę najrozmaitsze rzeczy (na szczęście nie cegły), które zakłóciły, a potem skutecznie zagłuszyły głębszą refleksję nad tą moją drogą.

Co się zmieniło i czy cokolwiek się tak naprawdę zmieniło, zastanawiałam się w piątkowe popołudnie w drodze do sklepu spożywczego. Czy cokolwiek zmieniło się we mnie?

Chyba niewiele, doszłam do wniosku w drodze powrotnej. Być może ciężkie siatki z zakupami przywiodły mi na myśl porównanie do wstąpienia w związek małżeński, jak to się pięknie mówi.

Wyobraźmy sobie ludzi, którzy mieszkają razem już kilka lat. Znają się dosyć dobrze, choć naturalnie nie kompletnie, co nigdy nie jest możliwe. Kochają się. Stworzyli wspólną rzeczywistość. Z przyczyn obojętnie jakich postanawiają się pobrać, idą do urzędu stanu cywilnego, wychodzą z niego jako małżeństwo. Wracają do mieszkania, z którego wyszli. Wracają do życia, które i tak razem wiedli. Nic wielkiego się nie stało, bo i dlaczego miałoby się stać?

Może w przypadku konwersji na judaizm jest podobnie. Szok - pozytywny czy negatywny - jest wykluczony. Podobnie zaskoczenie. Nie następuje żadna wielka zmiana codzienności, ponieważ proces przygotowania do konwersji oznacza między innymi stopniowe owej codzienności zmienianie. Człowiek, który staje przed bejt dinem, a następnie zanurza się w mykwie, nie dokonuje żadnej rewolucji po wynurzeniu. Judaizm i Żydzi są już częścią jego rzeczywistości.

A co się zmieniło od dnia konwersji?

Nieco paradoksalnie być może zaczęłam rzadziej chodzić do synagogi. Dziwne to o tyle, że dopiero po konwersji stałam się pełnoprawnym (przynajmniej w synagogach nieortodoksyjnych) członkiem minjanu. Po konwersji zatem zyskałam możliwość pełnego uczestnictwa w nabożeństwach. Jak się jednak okazało uczestnictwo to nie wszystko, a nawet nie rzecz najważniejsza.

Wolę się modlić w samotności. Niewykluczone, że jest to konsekwencja chorobliwego indywidualizmu, który jest cechą mojej osobowości od wielu lat. Równie prawdopodobne jest i to, że modlitwa indywidualna bardziej mi odpowiada - przynajmniej aktualnie - ponieważ sama reguluję jej tempo i poprzez to również do pewnego stopnia charakter. Wspólne modlitwy w synagodze są często raczej szybkie, o czym wie każdy, kto w synagodze na nabożeństwie był. Kiedy modlę się sama, mogę czytać tekst powoli, w skupieniu, koncentrując się na znaczeniu (lub znaczeniach) każdego hebrajskiego słowa.

Nie bez znaczenia jest tu także lenistwo, nie będę ukrywać. Nie chce mi się wstawać wcześnie rano w sobotę, żeby dotrzeć do synagogi na 9:30. Jestem strasznym śpiochem.

Druga rzecz, która ulegała stopniowej zmianie przez ostatnie dwa lata, to mój stosunek do Izraela. Nigdy nie byłam w Izraelu zakochana, więc trudno mówić o zawiedzionej miłości. Izrael był i jest dla mnie ważny. Im więcej jednak wiem, tym wyraźniej widzę, że syjonizm - w tej formie, która okazała się zwycięska, bo syjonizmów było więcej niż jeden - jest ideologią przeszłości.

Co nawet gorsze - wydaje mi się, że straciłam nadzieję na to, że sytuacja izraelsko-palestyńska kiedykolwiek się unormuje. Czytanie wiadomości z Izraela stało się czymś na kształt codziennego wylewania na siebie lodowatej wody z wielkiego kubła. Czy nie lepiej więc dla własnego zdrowia psychicznego dać sobie spokój i zacząć czytać coś innego przy porannej kawie?