Zatruty kielich – 25-lecie podpisania Porozumień z Oslo

Zatruty kielich – 25-lecie podpisania Porozumień z Oslo Seth J. Frantzman


Epoka Oslo trwa już dłużej niż Brytyjski Mandat dla Palestyny. Palestyńskie „państwo w trakcie tworzenia” trwa więc porównywalnie tyle samo czasu, ile mieli liderzy żydowscy w brytyjskiej Palestynie na zbudowanie swojego państwa pod kuratelą Brytyjczyków. Ale nie widać, żeby Palestyńczycy zbliżali się do utworzenia swojego państwa. W tym samym czasie Izraelczycy stają się coraz bardziej sceptyczni wobec idei istnienia dwóch państw.



Porozumienie z Oslo zaczęło się „Deklaracją zasad wprowadzenia tymczasowego samorządu” – które symbolizuje słynne zdjęcie prezydenta USA Billa Clintona spoglądającego na uścisk rąk przywódcy OWP Jasera Arafata z premierem Itzhakiem Rabinem. Działo się to w Waszyngtonie, 13 września 1993r. Porozumienia z Oslo miały obowiązywać w okresie przejściowym 5-ciu lat. Ostateczne uzgodnienie miało opierać się na Rezolucjach 242 i 338 Rady Bezpieczeństwa ONZ.

W tekście umiejętnie zagrzebano Artykuł V, część 3, która stanowiła: „Strony rozumieją, że te [późniejsze] negocjacje odniosą się do pozostałych spraw, w tym: Jerozolima, uchodźcy, osiedla, sprawy bezpieczeństwa, granice, relacje i współpraca z sąsiadami i inne kwestie wspólnego zainteresowania”. Po cichu, chyba obie strony wiedziały, że tematy odłożone „na później” będą niemożliwe do rozstrzygnięcia. 

Ale lata 1990-te były erą nadziei. Wszystko było możliwe: zakończyła się Zimna Wojna, Saddam Hussein przegrał w Kuwejcie, upadł Mur Berliński. Demokracja opanowywała świat. W Afryce Południowej skończył się apartheid. 

Porozumienia z Oslo wyewoluowały z kontekstu lat 90-tych, kiedy zostały podpisane. Były odpowiedzią na świat, w którym Moskwa przestała być sponsorem krajów arabskich będących wrogiem Izraela, a oczekiwanie na rewolucję [komunistyczną] zostały skonfrontowane z rzeczywistością.

Zapomina się, że Arafat przemawiając w ONZ w 1974 r. miał przy sobie kaburę od pistoletu. „Dziś przybyłem niosąc gałąź oliwną i pistolet bojownika o wolność. Nie pozwólcie, żeby gałąź oliwna wypadła z mojej ręki. Powtarzam: Nie pozwólcie, żeby gałąź oliwna wypadła z mojej ręki”. Była to otwarta groźba, ponieważ w tym czasie palestyńscy „bojownicy o wolność” mieli drzwi szeroko otwarte w bloku wschodnim [również w Polsce – przyp. RED], a ich terroryści i porywacze samolotów kursowali po świecie.

Do 1993 r. to wszystko się zmieniło. Izrael też się zmienił: 20 lat między wojną 1967 r. a intifadą 1987 doprowadziło decydentów politycznych do myślenia, że wieczne panowanie nad Gazą i Zachodnim Brzegiem nie sprawdzi się. „Łamanie kości” palestyńskich demonstrantów, co było początkową odpowiedzią, nie mogło się ciągnąć bez końca.

Dziś, w miejscu gdzie arabska młodzież z Betlejem rzucała kamieniami w izraelskie samochody jest tunel z drogą prowadzącą do Hebronu i Gusz Ecijon, a Betlejem jest pod kontrolą palestyńską. To też produkt okresu Oslo.

Jednak sygnatariusze Porozumień z Oslo mylili się, co będzie później. Przywódcy Izraela myśleli, że terroryzm się zakończy albo przynajmniej będzie znacząco zredukowany, bo pojawi się dywidenda w postaci rozwoju jaki przynosi pokój. Państwa zachodnie myślały, że obie strony chcą pokoju i po każdej z nich „jest tylko kilku ekstremistów”. W szczególności Europejczycy myśleli, że ekstremistów można zignorować i fundowali programy promujące koegzystencję. Nie rozumieli, że wysadzenie w powietrze jednego autobusu z inwestycji w pokój zamieniało się w czystą stratę. Nie można nikogo przekupić obietnicą pokoju. Nie chcą umrzeć w zamachu bombowym, żeby inni mogli na pokoju robić kariery polityczne.

Władze palestyńskie widziały korzyści: w drodze do utworzenia państwa zażąda się równych praw, i wtedy stworzy się jedno państwo palestyńskie na Zachodnim Brzegu i w Gazie, a Izrael stanie się państwem dwu-narodowym. Do agitacji w sprawie praw palestyńskich włączy się Jordania i Liban.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do pokrętnej logiki, która doprowadziła do podważenia przypuszczeń i marzeń okresu Oslo, można przyjrzeć się się karierze członka Knesetu – Ahmeda Tibiego. W 1984 r. spotkał się z Arafatem w Tunisie i został jego doradcą. W 1996 r. kandydował w wyborach w imieniu Arabskiego Ruchu na Rzecz Odnowy (Ta’al). Został wybrany w wyborach w 1999 r. z ramienia partii Balad, kierowanej wtedy przez Azmi Biszarę. Jest dziś nadal parlamentarzystą (doradca Arafata!).

Biszara też jest symbolem halucynacji z przedawkowania legatem Oslo. Kandydował na premiera Izraela, a następnie uciekł z kraju, ponieważ spiskował w Libanie i Syrii pomagając wrogom Izraela. Dzisiaj nikt nie może wyobrazić sobie, aby członkami Knesetu stawali się niedawni doradcy Palestyńskich liderów, albo kandydaci na premiera Izraela jeździli do Libanu i Syrii wychwalając Hezbollah mówiąc o „podnoszeniu na duchu Arabów”.

W latach 90-tych Izrael zastanawiał się intensywnie nad swoją przyszłością. Kwestionowano status-quo. Druga Intifada, która zaczęła się we wrześniu 2000 r. spowodowała, że sny fałszywej ery Oslo zniknęły jak fala w oceanie. Pozostały małe ostoje optymistów, często wyrażające swój gniew wobec tego, że większość społeczeństwa izraelskiego powędrowała do obozów nacjonalistycznych i religijnej prawicy. Naukowcy pisali petycje w sprawie odmowy służby wojskowej w Gazie lub na Zachodnim Brzegu, organizacje pozarządowe demonstrowały przed punktami kontrolnymi, zarzucały władzom tortury i wyburzanie domów [terrorystów].

W 2003 roku, 10 lat po Oslo, było już po wszystkim – czołgi wróciły do Gazy. Rzeczywistość Autonomii Palestyńskiej i jej dwulicowość wyszła na jaw. Izrael ostatecznie wycofał się ze Strefy Gazy i zbudował wokół Zachodniego Brzegu mur bezpieczeństwa. Idee „ostatecznego statusu” i „dwóch państw” zostały pogrzebane. Ale proces [pokojowy] szedł dalej.

Niedawno rozmawiałem z młodym Palestyńczykiem, reprezentanta omawianej ery. Każdy Palestyńczyk urodzony latach 1980-tych większość czasu przeżył w konsekwencjach tych porozumień, które zdefiniowały „Tereny A, B i C”. Ze starzejącymi się przywódcami Autonomii i brakiem wyborów do władz. Z oficjalną „anty-normalizacją”, mimo że związki ekonomiczne i sprawy bezpieczeństwa łączą Palestyńczyków z Izraelem bardziej niż kiedykolwiek. „Problem z Oslo jest taki, że przywódcy [Autonomii] nie są przedmiotem zdają sprawy przed narodem, ani nie są transparentni. Arafat wykorzystał to i miał przewagę nad systemem” – powiedział.

Przez lata spotkałem wielu ludzi, produktów Porozumienia z Oslo. Europejscy politycy wysłani do Ramallah, aby pomóc Palestyńczykom w przeprowadzeniu wyborów, do których nigdy nie doszło. Izraelska policja, która szkoliła policję w Autonomii. Studenci pytający, czy naprawdę Barack Obama naciśnie mocniej na Izrael, którym pokazywałem mapę z Izraelskimi osiedlami pytając „czy naprawdę wierzycie w to, że ci ludzie się po prostu wyprowadzą?” Przez ostatnie 20 lat politycy obu stron wykonują różne ruchy, żeby zadowolić inne kraje, które „zainwestowały” w proces pokojowy. „Kwartet”, specjalni wysłannicy, ludzie mówiący o „dealu” – bo nie chcą przyznać, że to jednak nierefundowalny koszt. Gdyby przyznano się, że ćwierć wieku Oslo nie doprowadzi do „ostatecznego statusu” – musieliby przyznać, że doprowadzi do czegoś innego.

Jossi Beilin, członek Knesetu i były negocjator pokojowy, kilka razy w omawianej epoce, wzywał retorycznie prezydenta Autonomii Mahmuda Abbasa, żeby rozwiązał Autonomię i oddał klucze Izraelowi – jako formę zmuszenia Izraela do zawarcia porozumienia. Do tego jednak nie dojdzie. Autonomia, tak jak i Izrael, potrzebują iluzji Porozumień z Oslo. Ich symbolem jest wielki budynek w Abu-Dis zbudowany w latach 90-tych na potrzeby przyszłego budynku parlamentu państwa palestyńskiego. Do dziś jest pusty. 

Jerusalem Post, September 14, 2018, s. 24

Tłum. RED