Netanjahu u progu nowej kadencji

Netanjahu u progu nowej kadencji Michael Freund o zwycięstwie Likudu

likud election

Radość w sztabie wyborczym Likudu (fot. MARC ISRAEL SELLEM/THE JERUSALEM POST)


 

Cóż za niezwykła historia! Po wielu miesiącach bezprecedensowych ataków ze strony mediów i niezbyt obiecujących sondaży, wtorkowe wybory przyniosły premierowi Binjaminowi Netanjahu wielkie i bezsporne zwycięstwo.

Można było niemal usłyszeć, jak w Białym Domu po drugiej stronie oceanu jego mieszkaniec krzyczy w rozdrażnieniu, patrząc, jak kolejne nadsyłane przez noc wyniki ukazują rosnącą przewagę Likudu.

Konsternacji prezydenta Baracka Obamy dorównała być może jedynie reakcja lewicowych mediów, które z trudem ukrywały szok, uświadomiwszy sobie, że Izraelczycy kierowali się w głosowaniu własną oceną i nie chcieli maszerować w rytm, podawany im przez lewicę.

Netanjahu i jego żona Sara, na którą przypuszczano niespotykane ataki, podważając jej charakter i reputację, są ewidentnymi zwycięzcami wyborczego pojedynku, na przekór wszelkim przeszkodom triumfując w sposób rozstrzygający i jednoznaczny. Cała skierowana przeciwko nim nienawiść i krytyka, wszystkie rzucane na nich oszczerstwa i ironiczne pomówienia odwróciły się przeciwko ich autorom i zwiększyły raczej, niż zmniejszyły, sympatię opinii publicznej dla Netanjahu. Dając się ponieść obsesji usunięcia Netanjahu ze stanowiska, krytycy i cynicy spowodowali efekt przeciwny do zamierzonego, zwiększając liczbę zwolenników premiera.

Powodzenie Likudu w wyborach było skutkiem błyskotliwej kampanii, prowadzonej w ostatnim tygodniu przed głosowaniem pod kierownictwem byłego dziennikarza Nira Hefetza.

Efektywnie wykorzystując talenty i dostępność Netanjahu, kampania zachowała przy tym dyscyplinę przekazu i powiększyła frekwencję w gronie tradycyjnych zwolenników partii.

Po tygodniach nieustającej krytyki, kampania zrealizowała swoje cele w sposób, który przekroczył najśmielsze oczekiwania obserwatorów. Hefetzowi należą się wyrazy najgłębszego uznania za doprowadzenie do tak pozytywnego rezultatu.

Największym jednak zwycięzcą, prawdziwym czempionem tych wyborów, nie jest ani żaden z kandydatów, ani żadna ze startujących w wyborach partii. Jest nim, najzwyczajniej w świecie, państwo Izrael. Nie jest przypadkiem, że wzrost poparcia dla Likudu i Netanjahu w ostatnich dniach przed wyborami zbiegł się w czasie z głoszonymi przez prawicę tezami o konieczności zachowania integralności terytorialnej naszej starożytnej ojczyzny.

Na początku tego tygodnia Netanjahu wygłosił znakomite przemówienie na zjeździe przedwyborczym prawicy w Tel Aviwie. Sprzeciwił się w nim ustanowieniu państwa palestyńskiego i potwierdził swoje poparcie dla rozbudowy żydowskiego osadnictwa we wschodniej Jerozolimie. Upewniając w ten sposób wyborców o swojej wierności Izraelowi, Netanjahu zdobył wiele głosów prawicy, które w przeciwnym razie otrzymałyby inne partie.

Konsekwentne opowiadanie się po stronie kraju naszych przodków i odmawianie poparcia tym, którzy głosili politykę ustępstw raz jeszcze okazało się kluczem do zwycięstwa w wyborach w Izraelu. Mimo, że lewica nigdy tego nie przyzna, to jej wyborcy stanowią mniejszość, – co prawda hałaśliwą i kłopotliwą, ale jednak mniejszość.

Weźmy dla przykładu partię Merec-Jachad, która przez lata wywrzaskiwała hasła o konieczności kompromisu i kapitulacji. W ostatnich wyborach partia ta z ledwością doczołgała się do limitu głosów niezbędnych do wejścia do Knesetu, a jej przywódczyni, Zahava Gal-On, ustąpiła w rozpaczy ze stanowiska.

Historia Izraelskiej Partii Pracy, używającej także nazwy Unia Syjonistyczna, nie różni się wiele od historii Merec-Jachad. Mimo milionów dolarów, wpompowanych podobno w jej kampanię z zagranicy i uczynnych mediów, które służyły Unii jako jej tuby propagandowe, partia zajęła w wyborach dopiero drugie miejsce i liże obecnie rany w ławach opozycji.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Netanjahu zbuduje silną koalicję prawicy z partiami religijnymi, uzyskując solidną większość 66 lub 67 miejsc w Knesecie.

Premier otrzymał od narodu Izraela jednoznaczne upoważnienie, by rozbudowywać i umacniać żydowską obecność w Judei i Samarii oraz Jerozolimie i powinien szybko podjąć działania na tych frontach. Dobrym pierwszym krokiem dla nowego rządu byłoby przyjęcie raportu Levy’ego z lipca 2012 r., którego autorem jest były sędzia Sądu Najwyższego Izraela, Edmund Levy.

Zgodnie z raportem, izraelska obecność w Judei i Samarii jest w pełni zgodna z prawem międzynarodowym a państwo żydowskie ma prawo do rozwijania osadnictwa żydowskiego na tych terenach. Raport precyzuje także sposób, w jaki należy to uczynić. Przyjęcie raportu i wynikających z niego wniosków stanowiłoby jasny i konkretny komunikat dla świata, że okres ustępstw dobiegł końca i rozpoczęła się era budowy i osadnictwa. Ponadto, umożliwienie osadnictwa poprzez udzielenie pozwoleń na budowę tysięcy domów na wzmiankowanych terytoriach miałoby wielki wpływ na ofertę i ceny nowych domów, umożliwiając w ten sposób znalezienie rozwiązania jednego z największych ekonomiczno-socjalnych problemów współczesnego Izraela.

Netanjahu ma teraz cztery lata na umocnienie i rozszerzenie żydowskiej obecności w Judei i Samarii, powstrzymanie zagrożenia atomowego ze strony Iranu i obniżenie kosztów zamieszkania w Izraelu. Rzecz jasna, to niełatwe zadania. Netanjahu ma przeciwko sobie wrogą administrację w Waszyngtonie, narastające antyizraelskie uprzedzenia w Europie, oraz opór Palestyńczyków z Gazy i Ramallah. Na szczęście lewica poniosła sromotną klęskę a naród Izraela przemówił głośno i wyraźnie, głosząc, że chce ujrzeć jak nasz kraj rośnie, rozkwita i prosperuje. I taki właśnie mandat otrzymał od ludu Binjamin Netanjahu.

Wypełnijmy więc żydowską ludnością wzgórza Samarii i miasta Judei i dajmy ludziom to, czego się domagają. Na tym wszakże polega rola demokracji.

 

Michael Freund

18 marca 2015

Tłum. MAB

http://www.jpost.com/Opinion/Fundamentally-Freund-Netanyahus-mandate-to-build-394390