RODZICE W OCZACH EMIGRACJI MARCOWEJ

RODZICE W OCZACH EMIGRACJI MARCOWEJ Alex Wieseltier

 

Pamięć pierwsza

Schodzi do grobu

Nie spieszy się zanadto

Jej korona

Jeszcze mierzy się z wiatrem

Jej korzenie zasypane piaskiem

Kamykami i grudkami ziemi...

(Anna Frajlich)

 

Patrzę na zdanie tytułowe i nie wiem, co mam o tym myśleć.

Oczy emigrantów marcowych? To chyba chodzi o mnie.

Taki marcowy to ja nie byłem. A może i byłem, ale ze spóźnionym zapłonem.

W każdym razie piszę to w Danii, do której doczłapałem się dopiero w 1976 roku. Niby już po nagonce Marca 68, gdzie „serdecznie” podziękowano mi za pracę na uczelni, i po ponownej dokładce w trakcie zatrudnienia jako wykładowca na Akademii Rolniczej. Ale to przecież ma być o moich rodzicach, nie o mnie.

Co wiem o ich dramacie? Niewiele.

Matka uciekła z krakowskiego do Związku Radzieckiego razem ze swoim starszym bratem i siostrą. I to oni jedyni z całej wolbromskiej rodziny przeżyli wojnę. Matka miała 18 lat i niewiele doświadczenia życiowego. Lata w Sojuzie to walka o przetrwanie.

Ojciec był z Tarnopola i dlatego, po aneksji polskich obszarów wschodnich, znalazł się pod władzą Sowietów. Początek wojny niemiecko-rosyjskiej zastał go w kompanii dowodzonej przez ukraińskiego sierżanta, któremu prawie się udało doprowadzić swoich żołnierzy do Niemców. Kompania została zatrzymana w ostatniej chwili przez oddział z politrukiem na czele, a sierżant został zastrzelony na miejscu. Ojciec z resztą kompanii trafił do karnego batalionu, gdzie wszyscy dostali do wiwatu.

Jak on się dostał na Ural, gdzie się spotkał z moją matką, nie wiem.

O tej części historii ani ojciec, ani matka nigdy nie mówili. Tak jakby ten okres czasu chcieli wykreślić ze swojej pamięci. Tak samo, jak nie opowiadali o swoich rodzinach, które zginęły w czasie okupacji. Tak jakby wspomnienia o życiu przed wojną były zbyt bolesne, żeby o nich mówić lub wspominać. Tak jakby ta część ich życia została wydarta z kalendarza i zamiast niej została tylko krzycząca milczeniem pustka.

Wyjazd do Polski trochę sam pamiętam. Ojciec się zmył tuż przed wyjazdem i dołączył się do nas dopiero przed wjazdem pociągu na tereny polskie. Ojca przełożony zachachmęcił jakieś części z magazynu, za które ojciec jako magazynier był odpowiedzialny. W czasie wojny nikt się nie bawił w dochodzenia, kto co i dlaczego, więc ojciec dał dyla i, jak matka mu to zawsze wypominała, zostawił matce wszystkie sprawy związane z wyjazdem.

Dlaczego dojechaliśmy aż do Szczecina? Nie wiem. Może tak wypadło z rozdzielnika? Dlaczego wylądowaliśmy w śródmieściu, a nie na Niebuszewie, gdzie większość żydowskich „przybyszy” się ulokowała? Też nie wiem. Może dlatego, że ojciec znalazł mieszkanie, do którego się wprowadziliśmy? Tylko po to, żeby po jakimś czasie się dowiedzieć, że ojciec zapomniał dostać na nie przydział i trzeba się było szybko wyprowadzać na mniejsze mieszkanie w oficynie.

Ani ojciec, ani matka nie byli społecznie aktywni. Ojciec był rzemieślnikiem i jako taki dostał kiedyś dyplom zasłużonego dla rzemiosła szczecińskiego, chociaż on sam traktował to z lekkim przymrużeniem oka.

Rodzice oczywiście mieli kontakty ze społecznością żydowską w Szczecinie i nigdy nie przepuścili okazji do pójścia na przedstawienia żydowskich zespołów teatralnych lub muzycznych. Szczególnie w pierwszych latach powojennych, gdy ta działalność była dosyć żywa.

Tradycje religijne to była domena matki. To ona chodziła kilka razy do roku do synagogi na Niebuszewie. Ojciec pielęgnował obyczaje Sederu, na który zapraszało się także znajomych. Ale to też umarło śmiercią naturalną w latach sześćdziesiątych.

Mowa o wyjeździe zaczęła się pod koniec lat czterdziestych, zaraz po powstaniu państwa Izrael.

Ale wtedy skończyło się tylko na gadce. To samo zdarzyło się pod koniec lat pięćdziesiątych, gdzie ojciec się sprężył i wysłał jedną dużą skrzynię do Izraela i ...nic więcej. Mowa o wyjeździe z Polski jakoś zamilkła.

Marzec 68 nie zrobił za dużej różnicy w naszej rodzinie. Przynajmniej na zewnątrz. Potem się dowiedziałem, że ojciec podpłacił kogoś na uczelni, żeby mi nie podłożono świni. Ale on mi tego sam nie powiedział. Gdy ludzie (amhowcy) zaczęli masowo wyjeżdżać, nasze mieszkanie zostało udostępnione na przyjęcia dla celników, których trzeba było „smarować”. Ale ojciec powiedział, że on sam jest za stary, żeby budować sobie nowe życie na obczyźnie. Umarł w 1973 i oszczędzone mu były przyjemności wyjazdowe i „nowe” życie w innym kraju. Matka wyjechała razem z nami trzy lata później, ale jej życie w Danii stało do końca pod znakiem jej stanu zdrowia.

Czy to jest cała historia moich rodziców? Po łebkach tak.

Ot, tacy zwykli zjadacze chleba. Bez wzlotów, bez upadków. Niezauważeni „bohaterowie” dnia codziennego. Tak jak znakomita większość ich pokolenia żyjącego cicho i pragnącego tylko spokojnego życia. Starających się dostosować do szarego otoczenia i unikać wszelkich problemów związanych z ich pochodzeniem. Połykającym drobne zniewagi i niereagującym na zaczepki.

Ich dramat to nie Marzec 68. Ich dramat to II Wojna Światowa i Szoa populacji żydowskiej w Polsce.

Czasami mam wrażenie, jakby ich życie po wojnie to był tylko surogat tego życia, które mieliby przed wojną, która zabrała im ich rodziny, ich miejsce urodzenia, ich miejsce na świecie, ich tożsamość. 

Niby żyjący i niby umarli. I niby rzeczywiści i niby widma z dawnego sztetła.

 

Alex Wieseltier