Maca dla „Dywizji Gangsterów”

Maca dla „Dywizji Gangsterów” Lenny Ben-David

 

77 Dywizja Armii USA w czasie I wojny światowej, wysłana na front francuski, składała się z poborowych z rejonu Nowego Jorku. Nazywano ją „Dywizją Metropolitalną” lub „Dywizją Statuy Wolności”. Wielu wysłanych na front wiodło niełatwy żywot na ulicach Nowego Jorku, co być może pomogło im przetrwać ciężką bitwę o Las Aragoński w październiku 1918 r., gdzie „Zaginiony Batalion” , złożony z ludzi 308 i 307 regimentu pod dowództwem ppłk. Charlesa W. Wittlesey, przez tydzień opierał się atakującym Niemcom, bez chleba i wody. W 2001 r. historia ta posłużyła za kanwę filmu o tym tytule – gdzie faceci opisani jako irlandzcy, włoscy, żydowscy i polscy gangsterzy w sile 550 ludzi trwali na posterunku, tracąc 200 zabitych i 150 wziętych do niewoli lub zaginionych.

Żydowski kapelan rabbi Lee J. Levinger napisał, że w 77 Dywizji służyły „tysiące” żydowskich żołnierzy, dla których sprowadzono na Pesach 1919 r. tonę (!) macy.

Levinger napisał: „Niezwykłymi wrażeniami w czasie mojej służby w Le Mains były nasze obchody Pesach 14-16 kwietnia 1919 r. Rozkaz ogólny stanowił: „Tam, gdzie nie przeszkadza to w służbie, członkowie wiary żydowskiej służący w Siłach Ekspedycyjnych Armii, będą zwolnieni od obowiązków od południa 14 kwietnia do północy 16 kwietnia, 1919 r. i tam, gdzie będzie to praktyczne, udzieli się im przepustek umożliwiających obchodzenie Paschy w ich zwyczaju”. Pełen program przewidywał seder, cztery nabożeństwa, spotkanie literackie, szoł wodewilowy, mecz bokserski, dwie zabawy taneczne i film... ale oczywiście najbardziej popularny ze wszystkich wydarzeń był seder. Zupa z kulkami macowymi, ryba i całe menu przypominające im dom. Obiad odbył się w mesie, na stojąco przy stołach sięgających piersi. Na szczycie stołów umieściliśmy ołtarz z dwiema świecami. Pod wieczór, typowy dla tej pory roku zimny francuski deszcz ustał i wyszło słońce, oświetlając bezpośrednio lichtarze i stojącego tam rabina Kaufmana. Był to niezapomniany widok, panowało uczucie wzruszenia i uroczystej, głębokiej radości. Potem wyszliśmy do Teatru Miejskiego, gdzie obyło się nabożeństwo z kazaniem”.

W Lesie Aragońskim, po 5 dniach zaciętej bitwy, wojsko amerykańskie przyszło w końcu na odsiecz swoim. Zazwyczaj uratowanie „Zaginionego Batalionu” przypisuje się medunkowi przyniesionemu przez gołębia pocztowego, jaki był na wyposażeniu każdej jednostki. Rabbi Levinger opisuje to inaczej:

„Szeregowy Abraham Krotoszyński został odznaczony Krzyżem za Wybitną Służbę, za przyniesienie wiadomości do sztabu dywizji o dokładnej lokalizacji swojego batalionu, co było niezbędne do ich wyzwolenia. Krotoszyński był imigrantem, nawet jeszcze bez obywatelstwa, fryzjerem z zawodu. Jego własne słowa oddają tę sytuację najlepiej: ‘zaczęliśmy się bać, że dywizja zapomniała o nas, albo pozostawiła nas na śmierć. Musieliśmy wysłać gońca. Było to prawie jednoznaczne z wysłaniem na śmierć, bo wcześniej ponad 150 ludzi poszło bezpowrotnie. Ale trzeba było to zrobić. Rankiem 5-tego dnia wezwano ochotników, kto chce być kurierem. Zgłosiłem się, i zostałem zaakceptowany.

Poszedłem, bo uważałem, że powinienem. Po pierwsze, bo udało mi się do tego dnia nie zostać rannym. Po drugie, po 5-ciu dniach głodówki, byłem silniejszy niż wielu moich przyjaciół, którzy byli dwa razy więksi ode mnie. Wiecie, Żyd znajduje siłę w cierpieniu. Po trzecie, miałem i tak widmo śmierci z głodu i pragnienia przed sobą... Dostałem rozkazy i wyruszyłem. Musiałem przebiec jakieś 40 metrów na otwartej przestrzeni na widoku Niemców zanim przedostałem się do lasu. Zobaczyli mnie, jak tylko się podniosłem i strzelali do mnie ze wszystkiego co mieli. Potem musiałem przeczołgać się przez ich linie. Szukali mnie wszędzie i raz któryś stanął na mojej dłoni, ale pomyśleli, że to trup. Pełzałem cały dzień (oczywiście po pięciu dniach bez jedzenia i picia), w kierunku mi wskazanym, wypatrując ich cały czas. Około 18.00 zobaczyłem linie amerykańskie. Dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty. Nadchodziłem od strony Niemców, a mój angielski nie jest zbyt dobry... bałem się, że mnie zastrzelą zanim wyjaśnię o co chodzi. Wtedy kapitan zapytał mnie, kim jestem, powiedziałem, że z „zaginionego batalionu”. Zapytał, czy mogę ich poprowadzić, powiedziałem, że tak. Dali mi wodę i jedzenie i po chwili już byłem w dowództwie... Nigdy nie zapomnę sceny, kiedy wyzwoliliśmy pozostałych. Zwariowali z radości”.

Po wojnie, jako bohater wojenny dostał stypendium od Nathana Strausa, i przyjęto go do szkoły rolniczej. Krotoszyński wyjechał do Ziemi Izraela, gdzie mieszkał jakiś czas i próbował swych sił jako rolnik. Nie powiodło mu się i w 1926 wrócił do Nowego Jorku, gdzie nie mógł znaleźć zatrudnienia (bo właśnie zaczął się wielki kryzys)... W czasie pobytu w Izraelu (Mandatowej Palestynie) ożenił się z Abigail Arkin. Po powrocie pracował w handlu szmatami, próbował ponownie sił jako fryzjer.

Przystąpił do egzaminu urzędniczego strając się o pracę na poczcie, ale go nie zdał. Za wstawiennictwem byłego burmistrza La Guardii, który był wówczas kongresmanem, Prezydent Coolidge wydał specjalne zarządzenie nakazujące zatrudnienie go w służbie państwowej. Zmarł w 1953 r. Miał cztery córki.

Rabin Lewinger opisał jeszcze jedno niezwykłe zdarzenie z czasów wojny: „Żołnierz ze sławnej dywizji [77-mej], poprosił o prywatne spotkanie. Okazało się, że w szturmie St. Mihiel uratował zwój Tory z płonącej synagogi. Wyrzucił wszystko ze swojego plecaka i wpakował tam Torę, i już trzy razy był z nią w ogniu walki. Chciał ją zabrać do domu i podarować sierocińcowi, którym kierował jego ojciec.

Żołnierze nie mogli mieć przy sobie niczego nie przewidzianego regulaminem. Za moim wstawiennictwem pułkownik wydał zezwolenie, i Tora popłynęła przez ocean ze swoim „wyzwolicielem”.

Tłum. Red.

L. Ben-David „Why was a ton of matza delivered to the US Army in France during World War I? It was sent to the ‘gangsters’ in the 77 Division”, Jerusalem Post Magazine, April 18, 2014.