Japońska uczennica, Żyd i La Grande Nation

Japońska uczennica, Żyd i La Grande Nation Adam Daniel Poznanski

Nazywam się 'adam dan ben avigdor ha levi' (Adam Daniel, syn Victora z rodu Levi) lub krótko: Adam Daniel Poznanski. Jestem jedynym synem doktora prawa, Victora Poznańskiego (1913-2000). Mój ojciec był przed wojną docentem kryminologii na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Po wojnie, do 1956, pracował jako adwokat w Łodzi i w Warszawie. Następnie zaś, do 1959, w Izraelu, gdzie wyposażony w uprawnienia policyjne pełnił funkcję osoby odpowiedzialnej za integrację izraelskich Beduinów. Od 1960 roku (przy OLG Frankfurt a.M.) jako prawnik i notariusz państwowy kraju związkowego Hesja.

Victor w roku 1972

Victor w roku 1972


Mój ojciec, Victor Poznański, był ponadto prawnukiem Izraela Kalmanowicza Poznańskiego (1833-1900), przedstawiciela "wschodniej gałęzi Rothschildów", założyciela łódzkiego imperium włókienniczego oraz budowniczego i rezydenta bodaj najbardziej zawstydzającego prywatnego żydowskiego grobowca na tej planecie. I to nie tylko ze względu na inspirowaną niemieckim krzyżem rycerskim formę balustrady, lecz przede wszystkim z powodu gigantycznych rozmiarów samego mauzoleum.

Adam Poznanski

CÓRKA DYPLOMATY

Bruksela w latach 1932-33. Ona miała lat 17, on 19, a ich miłość trwała zaledwie dwa semestry. Była córką ambasadora Cesarstwa Japońskiego w Belgii, on zaś polskim studentem i prawnukiem najbogatszej rodziny żydowskiej w Europie Wschodniej. Ta ich krótka miłość kilkanaście lat później miała uratować mu życie, które okazało się nad wyraz długie.

Jedna noc i jeden dzień pod koniec marca 1945 roku w obozie koncentracyjnym w Mauthausen. To była ostatnia zima tamtej wojny, ale była to zima długa i mroźna. Bardzo mroźna. Victor leżał na pryczy w żydowskim baraku. Był pewien, że nikt z jego rodziny nie ocalał. Począwszy od 1940 przebywał w wielu gettach, a Mauthausen było jego czwartym z kolei obozem koncentracyjnym. Nigdy też już więcej nie zobaczył choćby jednego z wielu setek ludzi, których załadowano wówczas do tego samego pociągu co jego rodziców i siostrę. Zważywszy na niezliczoną ilość zbiegów okoliczności, w których cudem uniknął śmierci, było dlań oczywiste, że należy prawdopodobnie do jednych z ostatnich pozostałych przy życiu Żydów Europy Środkowej. Dlatego też od wielu miesięcy nie myślał już o swojej rodzinie. Przestał już również myśleć o Warszawie a nawet o Brukseli. Teraz myślał wyłącznie o... czekoladzie.

 


Władze obozowe poinformowały przez megafon i za pośrednictwem personelu obozowego (aufseherów), że apel następnego poranka odbędzie się o godzinę później. Mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy: albo przeniesienie, albo marsz śmierci. Do wieczora przed bramą obozu nie pojawiły się już żadne pojazdy transportowe. Od kilku dni dało się już słyszeć z oddali odgłosy alianckiej artylerii. W najgorszym razie minie jeszcze cztery do ośmiu tygodni zanim pojawią się tutaj pierwsze czołgi Sherman. Pięć i pół roku niewoli za kilku tygodni powinno dobiec definitywnie końca - tyle, że przed nimi jeszcze ta mroźna noc i marsz śmierci.

"A może to tym niebieskim obwódkom wokół tęczówek, które jego brązowym oczom nadawały jakby nieco jaśniejszy odcień, zawdzięcza te wszystkie swe cudowne ocalenia?" - zastanawiał się nieraz. Tak czy siak, teraz jego myśli krążyły raczej wokół czegoś innego. Krążyły wokół tabliczki czekolady, którą tamtego popołudnia wsunął mu dyskretnie za pazuchę niemiecki esesman. Ponieważ nikt już nie wierzył w "ostateczne zwycięstwo", gest ten należało traktować raczej jako coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej na życie - w chwili gdy nastanie ów dzień, gdy ofiary wezmą odwet na swych oprawcach. Bo jeśli siepacze reżimu nazistowskiego wówczas potrafili sobie cokolwiek jeszcze wyobrazić, to z pewnością nie amnestię i cud gospodarczy.

Fabryka amunicji z powodu braku materiału od kilka tygodni już nie pracowała. Jeszcze niedawno, przy swych 183 cm wzrostu Victor ważył momentami ponad 55 kg. Obecnie zaś już tylko 46, najwyżej 47 kilo byłoby w stanie rzucić na wagę to jego zagruźliczone ciało, skóra i kości. Do bólu w kręgach piersiowych, złamanych kolbą nadzorującego pociąg "szucpolicaja", zdążył się już jako tako przyzwyczaić. Zaś owa tabliczka czekolady mogłaby mu jutro rano dostarczyć trochę energii - w momencie, gdy tak zygzakując niczym królik, zdołałby być może uniknąć nieuchronnego strzału w głowę. Dlatego też Victor tamtej nocy zdecydował się z nikim nie podzielić, a jedynie maleńki kawałek czekolady postanowił zafundować sobie, na dobranoc. Żuć powoli i nie połykać wszystkiego od razu - przykazywał sobie surowo. Lecz jak bardzo by tej czekolady nie celebrował, nazajutrz, przy porannej pobudce, nie było już po niej ani śladu - przepadła bezpowrotnie w jego wnętrzu. Wstając, Victor poczuł jednak spory przypływ energii. Niestety, teraz do niczego mu się ona nie przyda. Do lasu te jego przeżarte gruźlicą płuca i tak nie pozwoliłyby mu dobiec. A nawet jeśli, to nie starczyłoby mu tchu na dalsze kluczenie i manewrowanie.

Lecz Victor nie miał nawet czasu na pocieszanie się nadzieją, że być może ostatniej nocy wszystko to zbyt czarno sobie wymalował. „Alle RAUS! Do Apelu!" Victor posłuchał od razu i ruszył w kierunku placu apelowego. Niebezpiecznie było podnieść nawet oczy; za to można było otrzymać kulkę w łeb. Z uwagi na możliwość ewentualnego późniejszego rozpoznania oprawców, taki bezpośredni kontakt wzrokowy, takie zbyt wnikliwe spojrzenie, mogło oznaczać natychmiastową i bynajmniej nie heroiczną śmierć. Victor zaryzykował jednak krótkie spojrzenie w kierunku, w którym, jak sądził, dostrzegł był esesmańskie buty owego darczyńcy czekolady.

Zobaczył jednak znacznie więcej. Zobaczył ubranych odpowiednio do dłuższej akcji na zewnątrz, dość lekko uzbrojonych facetów z Waffen-SS. Potem dostrzegł jeszcze, iż żołnierze nie byli uzbrojeni w ręczne granaty, a ich oczy, spoglądając tępo spod nakrycia głowy, wlepione były w ziemię. W tym momencie stało się dlań jasne, że być może największym jego błędem było to, iż parę godzin wcześniej pochłonął był całą czekoladę.

Teraz mógłby mu jedynie pomóc jakiś plan B, ale Victor planu B nie posiadał. Najważniejsze, by czym prędzej, zgodnie z regulaminem, zająć na apelu miejsce wśród innych więźniów bloku żydowskiego. Jednak ta mimowolna dynamika, jakiej dostarczała jego mięśniom czekolada, rzuciła go gdzieś daleko w lewo, nieomal na zewnątrz. Po raz pierwszy, niemal na odległość szeptu, znalazł się w sąsiedztwie grupy dobrze odżywionych partyzantów francuskiego ruchu oporu. Wysłanie Francuzów na marsz śmierci byłoby czystym marnotrawstwem prowiantu. Z punktu widzenia Niemców, więcej sensu miałoby pozostawienie ich takich dobrze odżywionych tutaj, na miejscu - jako coś w rodzaju wizytówki, licząc w ten sposób na łagodniejsze rozliczenie po wojnie.

I to było właśnie to, czego potrzebował! Victor znalazł swój plan B. Teraz myślał już tylko o Brukseli i swojej małej Kioko. Nie ze względu na śnieżnobiałą skórę opinającą jej kobiece wdzięki, lecz ze względu na ich wspólny język. Ponieważ tak jak i on nie specjalnie władał językiem japońskim, tak też i Kioko nie mówiła ani słowa po polsku. Przy niej, na jej poduszce, udało mu się za to opanować płynnie, bez akcentu, język francuski.

"Copatriotes"- chrząknął odwróciwszy głowę lekko w lewo. "Je suis français" wyszeptał pokasłując. „Sauvez ma vie“ (ratujcie moje życie). Wiktor był przekonany, że przynajmniej 10 do12 Francuzów musiało usłyszeć jego słowa. Jednak nic się nie wydarzyło. Dlaczego? Sporo ludzi, w tym wielu Żydów zna przecież język francuski nie będąc Francuzami. Jako katolicy, Francuzi nigdy też zanadto nie byli Żydom przychylni. Zresztą pomoc Żydom uchodziło w III Rzeszy za przestępstwo największego kalibru. W razie nakrycia nie zdołałby ich ochronić przed drakońską karą nawet ten ich "status VIP-ów" w obozie. Ostatnia szansa Victora polegała więc na tym, aby im wmówić, że oto mają okazję uratować życie nie Żydowi a czyściusieńkiemu Galowi. No ale jak? Przy tym ich braku najmniejszej nawet uwagi i pod taką presją czasu? W swej rozpaczy, szacując te kilka kroków nadziei, przypomniał sobie słowa Kioko, kiedy to pogrążonego w alkoholowych medytacjach nad dnem pustego kieliszka - zwykła była go upominać: „du sublime au ridicule, il n'y a qu’un pas“ (między wzniosłością i śmiesznością jest tylko jeden kroczek). Cytat z Napoleona postanowił więc sparafrazować stosownie do sytuacji: ową "wzniosłość i śmieszność" zastępując słowami "śmierć i życie". Ledwo zdążył to wypowiedzieć, gdy rozległ się rozkaz: "Cyganie i Żydzi biegiem marsz". I wtedy nagle 15 francuskich członków ruchu oporu, niczym jakaś drużyna rugby, symulując problemy ze zrozumieniem - wtargnęła do sektora żydowskiego, by zaraz potem - niby to rozpoznając swoją pomyłkę, wyklinając przy tym i popychając Żydów - znów prawidłowo uszeregować się na placu apelowym.

Oficjalnie dopiero 9 kwietnia 1945, kiedy to amerykańscy żołnierze wyprowadzili go przez wysadzoną w powietrze bramę obozową z niewoli prosto do szpitala polowego - wobec swoich Francuzów "zmutował się" na powrót w Żyda.

Lecz Victor ben Dawid nie byłby Victorem, moim ojcem, bez odpowiedniego morału płynącego z tej historii. Bo gdy tak o tym wszystkim rozmyślam: o Tenno i o Pearl Harbour, o japońskiej studentce i wielkim francuskim narodzie, o tamtym esesmanie od czekolady, o matce Esterze... a może to wszystko tylko ślepy przypadek w tej odwiecznej walce gatunków, a może po prostu Dwight D. Eisenhower ze swymi chłopakami okazali się tymi, którzy umożliwili mu przeżycie, a tym samym i moją egzystencję? Ale przecież Victor dowiódł z pedagogiczną wręcz precyzją, że to znajomość obcych języków - że to one człowieka nie tylko ubogacają, ale i potrafią w razie czego uratować mu życie.

Jak bardzo miał rację, miałem okazję przekonać się osobiście, gdy pod koniec lat sześćdziesiątych, w pewnym sklepie muzycznym, w ostatniej dosłownie chwili udało mi się mu wyjaśnić i go powstrzymać, kiedy to na widok plakatu „Hey Jude" już miał się rzucić do gardła pewnemu sprzedawcy płyt.

don‘t make it bad....

 

http://utaliquidfiat.blogspot.de/2012/01/ein-japanisches-schulmadchen-ein-jude.html?m=1#!/2012/01/ein-japanisches-schulmadchen-ein-jude.html

Tłumaczenie: Marian Karol Panic